RED FANG – Only Ghosts (Relapse)

Mimo że Murder The Mountains uważam za bardzo udaną i przede wszystkim fajną płytę, to właściwie od początku Red Fang traktuję raczej w kategoriach zespołu drugoligowego. Mimo szczerych chęci, nie sądzę, by chłopaki kiedykolwiek uwolnili się od porównań do Mastodon albo Kylesa, nawet jeśli „Only Ghosts” w pewien sposób próbuje zmienić to postrzeganie. Przyznaję, ich pełen luzu, zupełnie niezobowiązujący styl, jak i pełne humoru teledyski jakby wyróżniają zespół na tle sceny, choć są one raczej akcentem niż wyraźną, namacalną cechą. Sama muzyka nie aspiruje, niestety, do miana szczególnie odkrywczej. Czy „Only Ghosts” w jakikolwiek sposób to zmienia? No nie. W ogóle tego nie zmienia.

„Only Ghosts” to płyta mniej więcej tak średnia, jak postawa Evertonu w Premier League. Do pucharów się zazwyczaj nie łapią, ale niżej też nie spadną. Tegoroczny album od „Murder The Mountains” odróżnia brak pustynnego, stonerowego klimatu, całość wydaje mi się też nieco mniej dynamiczna, jakby pozbawiona energii. Spora w tym zasługa płaskiego brzmienia, za którym stoi Ross Robinson – ten sam, który  odpowiedzialny jest za sound „Roots” Sepultury (to akurat jeszcze spoko) czy Limp Bizkit albo Slipknota. Moim zdaniem tak spierdolić brzmienie albumu to trzeba umieć. Muzyka, która sama w sobie ma być pełna energii, przebojowa i w ogóle z buta wjeżdżać, jest kompletnie bezpłciowa i pozbawiona jaj. Brzmi to trochę tak, jakby ktoś próbował kogoś zadźgać plastikowym widelcem. Band RF

Na szczęście, „Only Ghosts” ma kilka fajnych numerów. Szybki, energetyczny „Flies”, oprawiony w zajebisty refren „Cut It Short” albo nie mniej chwytliwy „No Air”. Co prawda reszta numerów wypada przy wymienionych raczej dość blado, to jednak przynajmniej te trzy zostają na dłużej w głowie (a to i tak dużo lepszy wynik niż przy Whales And Leeches). Generalnie jednak po raz kolejny należy podkreślić, że to nie jest płyta, która w jakikolwiek sposób zmieni pozycję Red Fang na scenie, nie zawojuje z miejsca serc fanów ani nie wywinduje zespołu na pełne stadiony. To po prostu kolejna niezła płyta niezłego zespołu, przy której parę razy można zagwizdać, a w innym miejscu pokiwać głową. Domyślam się, że niekoniecznie jest to celem muzyków, tym niemniej… no nie sądzę, żeby o tym albumie za rok ktokolwiek pamiętał.

Ciężko jednoznacznie ocenić taki krążek jak „Only Ghosts”. Niby w porządku, jest kilka fajnych numerów, gra gitara, z drugiej całość jest skaleczona produkcyjnie i prawdę mówiąc mocno nijaka… Najważniejsze, to żeby nie wierzyć w to, co mówią muzycy, że to ich najlepsza płyta w karierze. Niestety kłamią, paskudniki. A prawda zawsze na jaw wyjdzie, jak wiosną gówno spod śniegu.

Michał Fryga

Trzy