RED FANG – Murder The Mountains (Relapse)

Dobrego rocka nigdy za wiele, a skoro w ostatnich czasach jakoś brakowało mi potężnego riffowania, zapodawanego w takt kolejnych łyków whiskey, pochodzący z Portland zespół zaspokoił moje szare komórki, nasączając je wieśniackim i zasyfionym pustynią hałasem…

Absolutnie nie mam zamiaru stawiać Red Fang pomnika. Bo na taki nie zasługuje się li tylko bezkrytycznym uwielbieniem dla Kyuss czy stoner rocka w ogólnym wymiarze. Za to w kategoriach muzyki, jako sztuki czysto użytkowej i rozrywkowej, zespół zajmuje całkiem wysoką lokatę. Dobrze się tego materiału słucha, bo z jednej strony jest dość prosty w odbiorze, składający się z archetypicznych bębnów i gitarowych riffów, zahaczających z jednej strony o rock’ującego punk rocka, z drugiej dość wyraźnie kłaniajacych się dokonaniom Josha Homme. Tyle, że zamiast rozwijania poszukiwań, Red Fang po prostu gra i nie przejmuje się, czy jest oryginalny. A momentami nawet jest, szczególnie, kiedy wprowadza lekkie, gitarowe dysonanse, tak jak w końcówce „Wires”. Wtedy z prostego łojenia wyłania się jakieś niepokojące, drugie dno. Fajnie wypada także zdublowana partia perkusji w „Painted Parade”. Gros kawałków na płycie to jednak bezpretensjonalna „rokówa” – „Hank Is Dead”, śmierdzący Soundgarden „Throw Up”, hard rockowy „Number Thirteen” czy spokojny „Human Herd”. Na dokładkę mamy wycieczkę w stronę psychodelicznej pustyni w postaci nieco rozjechanego, ociężałego „The Undertow”. Czyli dla każdego coś miłego.

Tak powinny być budowane dobre, gitarowe płyty. Red Fang czerpie z tradycji, tej dalszej i bliższej, ma kilka swoich pomysłów, ale nie za dużo, żeby słuchacza nie zniechęcić, bo wiadomo, że najlepiej słucha się tego, co już gdzieś nam w uszach brzęczało. A więc możemy się poczuć jak odkrywcy, kiedy napotykamy na bardziej dystorcyjny riff, a potem chlejemy piwsko i równo machamy głową. A kiedy rankiem obudzimy się ze stutonowym kacem, możemy zapodać sobie płytę zamiast soku pomidorowego. Głupi, kto nie skorzysta…

Arek Lerch  

Cztery i pół