RAPOON – Blue Days (Zoharum)

Rapoon to solowy projekt Robina Storey, który od wielu, wielu lat zabawia się z komputerem, odkrywając za błyszczącym ekranem nowe światy. Kiedyś taka muzyka zwała się New Age i ów złowrogi szyld sugerował niecne praktyki mieszające ludziom we łbach. Dzisiaj to po prostu ambient, zahaczający na nowym wydawnictwie gdzieniegdzie o muzykę rytualną czy wręcz konkretną. W dodatku strawny nawet dla tych niewtajemniczonych.

Pierwsza kwestia – Rapoon należy do grupy wykonawców, do których trzeba mieć cierpliwość, czas i odpowiednie nastawienie. Nie lubię określenia „muzyka tła”, ale w tym przypadku coś jest na rzeczy: można traktować te dźwięki jak niezobowiązujący podkład, ale wtedy stracimy możliwość odnalezienia w nich duszy. Jeśli znajdziemy w sobie ciutkę dobrej woli – odpłyniemy na nieznane, ale i fascynujące, tajemnicze wody. W dodatku – trip jest bezpieczny i nie wymaga wspomagaczy.Robin

Na „Blue Days” Robin ostawił na nieco krótsze utwory, a co za tym idzie – muzyka stała się nieco bardziej zróżnicowana. Obok typowych, pejzażowych plam, które prezentują klasyczne, ambientowe poszukiwania, znajdziemy tu sporo transowych, kolaborujących z world music dźwięków – w spokojniejszych momentach czarujących delikatnym pulsem, w tych mocniejszych, odwołujących się do plemiennego transu „Quilombo” Steroid Maximus. Wszystko splata się w długi, otumaniający lot; czas ulega zakrzywieniu, zegar zwalnia. Puls też. Odlatujemy. Nie wiem, czy określenie pop ambient nie jest tu nadużyciem, ale na „Blue Days” udało się stworzyć wspólną płaszczyznę między kontrolowanym odlotem a dźwiękami, które bez większych oporów można nazwać „muzyką”. Choć dla wielu będzie to nadal zmarnowane miejsce na plastikowym krążku.

Arek Lerch

Cztery i pół