RAGNAROK – Malediction (Agonia Records)

Pamiętam Ragnarok z jakiegoś starego wywiadu w Equillibrium of Noise. Chłopaki stali w ciemnościach na polnej drodze i przybierali groźne pozy niczym jacyś źli harcerze. I prawdę mówiąc to dziwaczne zdjęcie utkwiło mi w pamięci bardziej niż sama muzyka tej kapeli, z którą jakoś nigdy się nie zaprzyjaźniłem. Już nawet nie o to chodzi, że grali jakąś kaszanę, tylko po prostu niczym szczególnym się nie wyróżniali spośród tabunu kapel kroczących śladami Mayhem, Burzum i Darkthrone. Teoretycznie mieli wtedy wszystko, co było wtedy potrzebne by odnieść black metalowy „sukces” – odpowiednie obywatelstwo, łatwą do zapamiętania nazwę i obowiązkowy czarno-biały image – a jednak im się nie udało i wciąż egzystują gdzieś na drugim albo nawet trzecim planie. I prawdę mówiąc nie wiem, czy ich najnowszy album cokolwiek w tej kwestii zmieni.

„Malediction” to już siódma płyta firmowana tym szyldem, ale choćbym nawet chciał, to nie jestem w stanie ocenić jak dużą ewolucję przebył ten zespół od czasu swoich pierwszych nagrań, bo ich najzwyczajniej w świecie nie znam. Coś tam oczywiście kiedyś słyszałem, ale trudno na podstawie tych mglistych wspomnień wystawiać oceny. W każdym bądź razie „Malediction” to nadal dość surowy norweski black metal, może tylko nieznacznie „skażony” wieloletnim doświadczeniem muzyków. Bez obaw, chłopaki wiedzą jak taka muzyka powinna zabrzmieć, znają klasykę gatunku i mają kilka fajnych pomysłów na riffy. Z drugiej strony zabrakło im troszkę umiaru, bo większość utworów trwa około pięciu minut, a wspomniane pomysły jednak nie zawsze są aż tak dobre, żeby wałkować je w nieskończoność. Do tego ozdobili swój album obrazkiem może nie tak strasznym jak okładka debiutanckiego „Nattferd”, ale jednak wystawiającym oczy na ciężką próbę.

Zastanawiam się co też jeszcze takiego „ciekawego” mógłbym napisać o kolejnym black metalowym krążku, który ani do gatunku, ani zapewne do dyskografii Ragnarok nie wnosi wiele poza kolejną porcją przyzwoitych utworów. Kto oprócz starych płyt Darkthrone i Burzum kolekcjonuje także nagrania Taake, Throne of Katharsis, Tsjuder, Urgehal i innych solidnych drugoligowców, ten może rzucić uchem na nowe dzieło Norwegów, ale jeśli szukacie „Under a Funeral Moon” XXI wieku, to trafiliście pod zły adres. Biorąc jednak pod uwagę, że ci „najwięksi” nieczęsto już dzisiaj serwują czarną polewkę w czystej postaci, dla wygłodniałych fanów tego gatunku może to być w miarę smakowity muzyczny posiłek. O ile oczywiście zapomną na chwilę o tym, że dawniej kucharki gotowały lepiej.

 

Michał Spryszak