RAFAŁ GORZYCKI TRIO – Playing (ForTune)

Z dżezem zasadniczy problem polega na tym, że albo grają go zakochani w klasyce klezmerzy albo dziarscy awangardziści, których zrozumieć może równie odjechany co oni, względnie dobrze wykształcony słuchacz. Dla reszty sztuka improwizowana bywa po prostu niezjadliwym kawałkiem chleba, dziwactwem, zamkniętym w klamry Jazz Jamborre czy Jazzu na starówce. Gdzie w takim kontekście umieścić projekt Rafał Gorzycki Trio?  Akurat – pomijając twórcze ADHD szefa formacji – z tym nie powinno być problemu.

Głównie z powodu kontekstu. Niespokojny duch, Rafał Gorzycki już dawno temu wyszedł z za ciasnej dla niego szufladki z napisem „perkusista jazzowy”, realizując się na polu kameralistyki, awangardy, muzyki współczesnej. Przed nim nowy projekt ze znanym tu i ówdzie Kubą Ziołkiem, zatem, może być głośno. „Playing” to dzieło będące w moim odczuciu skokiem w bok, próbą lekkiego relaksu po nieco bardziej wymagających produkcjach. Fakt, że ta płyta może być zrozumiała dla kogoś spoza jazzowego kręgu nie znaczy wcale, że to muzyka banalna. Wręcz przeciwnie – przełożenie ducha improwizacji na zjadliwe tematy to sztuka być może większa niż najbardziej awangardowe pomysły, a znalezienie harmonii i melodyki, która może być zrozumiała dla każdego, świadczy o nielichym talencie. Choć szkielet pozostaje niezmienny – wszystko rozgrywa się w oparciu o synkopowane rytmy, zaś kompozycje zawieszone są na ładnie sprężynujących improwizacjach. Co to oznacza? Że muzyka pędzi do przodu, ale każdy zakręt, każdy, brawurowy popis instrumentalny ma tu sens i logicznie wypływa z kompozycji. Może dlatego w kilku miejscach muzyka może kojarzyć się bardziej z jazz rockiem osadzonym na pulsujących, bluesowych niemal resorach i tylko czasami odjeżdża w nieco bardziej medytacyjne fragmenty, gdzie instrumenty zajmują się ładną kolorystyką, na szczęście, bez osiadania na mieliznach. Duża w tym zasługa gitarzysty Marka Malinowskiego. Przyznam się, że gitarę lubię głównie w projektach dużo bardziej eksperymentalnych, w indie rocku czy inteligentnym metalu. W jazzie zdecydowanie wolę fortepian, zaś gitarzyści tworzący w tej działeczce zawsze irytowali mnie zabawą w solówkowy onanizm. Rozumiem, że technika, że chęć znalezienia własnego języka, ale słuchanie długaśnych, często mało efektywnych solówek zawsze mnie męczyło. W przypadku Malinowskiego mamy do czynienia z zupełnie innym podejściem. Więcej tu kolorystyki, zabawy barwami. Marek rzuca plamy, nasyca puls płyty jakimś rodzajem spokoju. Z jednej strony kojarzy mi się to z oszczędnym podejściem do tkania aranżacji w stylu Andy’ego Summersa, w niektórych z kolei fragmentach wyczuwam podobne operowanie harmonicznymi zwrotami a la Duane Denison, oczywiście z okresu Denison/Kimball Trio. To wszystko jednak odległe skojarzenia, którymi chcę w jakiś sposób oddać grę Malinowskiego, który posiada własny styl i – oczywiście! – jest w 100% rasowym gitarzystą jazzowym.rgt

Osobna działeczka to sekcja rytmiczna. Gorzycki ma swój drive, pięknie operuje dynamiką, dba o oryginalne brzmienie swoich bębnów i od razu słychać, że to gość, dla którego perkusja to tylko jeden ze środków wyrazu. Razem z oszczędnym, ale bardzo wyrazistym i w punkt stawianym pochodem basowym Wojciecha Woźniaka tworzy świetny fundament, który od czasu do czasu także potrafi zabawić się w piękne malowanie. Zabawy z ekspozycją brzmieniowych aspektów blach, tomów i innych elementów zestawu przywodzi mi na myśl odległe skojarzenia z Dźwiękami Ukrytymi, choć w przypadku Rafał Gorzycki Trio to nie cel, ale jeden z elementów układanki. Zdecydowanie więcej tu „normalnego”, niemal jazzrockowego grania, muzyki bliższej klasycznego ujęcia, silnie osadzonego w rytmicznym kontencie. Być może zabrzmi to dziwnie, ale pasuje mi do tej płyty słowo „inteligencja”. Jest w niej coś, co bardzo sobie cenię – równowaga, spokój, które wynikają właśnie z mądrego potraktowania dźwięków. Złapanie tego balansu jest niezwykle trudne, bo zależy od cechy, która dla Polaków jest dużym wyzwaniem – powściągania własnych ambicji. A na „Playing” mamy właśnie takie poszanowanie bliźniego: nikt się nie wybija, wszyscy wzajemnie się słuchają i z szacunkiem traktują swoje partie. Niby nic oryginalnego czy zaskakująco nowatorskiego, ale jakże przyjemnie się tego słucha. Jest to jednocześnie świetny materiał na koncertowe harce i myślę, że dopiero na deskach całość może eksplodować.

Arek Lerch

Pięć