QUINESSENCE MYSTICA – The 5th Harmonic of Death  (Schwarzdorn)

Bez bicia przyznam się, że ‘The 5th Harmonic of Death’ należy do grupy płyt, do których nie mam ochoty wracać po pierwszym przesłuchaniu. Ot, symfoniczny black, który przez lata wyblakł zupełnie i nie jest w stanie zaoferować niczego poza mroczne umpa-umpa dla fanów norweskiego fast foodu. Wiadomo – spożywane regularnie bardzo szkodzi.

Debiutancki materiał ukraińskiego Quintessence Mystica to właśnie taki naprędce przygotowany hamburger, który głodnemu co najwyżej zrobi smaka na prawdziwe danie. Generalnie ‘The 5th Harmonic of Death’ polega na tym, by automacik cykał tak szybko, jak tylko jest to możliwe w ramach gatunku, a gitary wtórowały mu jazgotem identycznych riffów. Gdy już coś drgnie w tej nawale chaosu – jak chociażby w ryjącym beret samplami smyczków i inudstrialnymi przeszkadzajkami ‘Entropy of Sanity’ – przechodzącym płynnie w wolne riffowanie kolejnego na liście ‘Crossroads of Time’ – to po góra kilkudziesięciu taktach Ukraińcy zaczynają gnać przez siebie, serwując kolejne niestrawne porcje odgrzewanych kotletów. Jedynymi momentami są tu tak naprawdę introdukcje (‘Entropy of Sanity’, ‘Metaphysics of War’, ‘Memorial’), które udanie budują klimat pod regularne, dłuższe kompozycje. Ale generalnie Quintessence Mystica nie potrafi zbudować jednego kawałka, który od początku do końca by mną pozamiatał, choć muszę przyznać, że najbliżej była w wieńczącym przeciętnej jakości dzieło ‘Frankenwald Mystery’. To trochę za mało jak na niespełna trzy kwadranse obcowanie z symfonicznymi zapędami Ukraińców.

Debiutanckie ‘The 5th Harmonic of Death’ to płyta równie przeciętna, co cały gatunek. Zdecydowanie za dużo tu schematów i kopii, a za mało klimatu i rozbudowanych kompozycji. Brzmienie jest przyzwoite, ale kto będzie się nim zachwycał, skoro numery raczej nie rozbujają waszych karków.

Dooban 3