QUEENS OF THE STONE AGE – …Like Clockwork (Matador Records/Sonic Records)

Najbardziej męczące oczekiwanie musi się kiedyś skończyć. W przypadku Królowych trwało to blisko sześć lat. Owszem, ubarwionych chociażby debiutem Them Crooked Vultures, jednak nazwa Queens Of The Stone Age nadal działa elektryzująco. Trudno zatem werbalizować oczekiwania – chcieliśmy płyty dłuższej, mniej lakonicznej, a może bardziej garażowej? Każdy miał swoje typy, zaś Homme, jak to ma w zwyczaju, zrobił dokładnie to, co mu pasowało. Może zabrzmi to banalnie, ale nie wyczułem jakiegoś trzęsienia ziemi po pierwszym obcowaniu z „…Like Clockwork”. To już – zdziwiłem się, kiedy poleciały pierwsze piosenki – nie ma eksplozji… Właśnie, podobnie jak w przypadku „Era Vulgaris”, i tym razem musiała upłynąć chwila, żebym mógł zaakceptować porcję muzycznej mikstury przygotowanej przez dziadka Josh’a.

Konkluzja pierwsza – garaż przeszedł do historii. Z surowizną „Era Vulgaris” nowa płyta nie ma nic wspólnego. Pozostał charakterystyczny dla zespołu drive, harmonie i niedopowiedzenie. Queens’ to grupa, która ma własny, łatwo rozpoznawalny styl, jeśli chodzi o melodykę. Pod tym względem pozostali sobą. Od razu też spieszę donieść o osobistej uwadze – do najlepszej, z dzisiejszego, mojego, punktu widzenia, płyty „Songs For The Deaf” nadal jest daleko, choć akurat od Królowych nie wymagam w żadnym razie jakiegoś naśladownictwa.

Konkluzja druga – od Sasa do lasa. Żeby najlepiej zrozumieć szóstą płytę Queens’, zestawiamy ze sobą dwa numery z „…Like Clockwork” – po jednej stronie mamy „Smooth Sailing” a po drugiej – utwór tytułowy. Dzień i noc. Surowy, kojarzący się – a jednak – z „Era Vulgaris”, toporny i archetypiczny kawałek przeciw kompozycji „…Like Clockwork”, która mogłaby się znaleźć na pierwszej z brzegu płycie formacji progrockowej. Wstęp niczym późne Talk Talk, orkiestrowy rozmach i podniosła atmosfera. W większe skrajności Homme nie mógł się udać. I to właśnie między tymi numerami rozciąga się schizofreniczna doskonałość nowej płyty Królowych. Zespół potrafi być wręcz irytująco monotonny, kiedy zapodaje bluesowy „Keep Your Eyes Peeled” z niemal żałobnymi zawodzeniami, ale potrafi też sięgnąć muzycznego nieba w „I Appear Missing”, gdzie bogactwo harmoniczne niemalże onieśmiela. Potrafi zagrać na odczepnego przebojowego, wiejskiego rocka („I Sat By The Ocean”) i zaraz potem udać się w stronę bizantyjskiego przepychu w pełnym kontrastów „Fairweather Friends”, gdzie na pianinku pogrywa sam Elton John. Pięknym, wyciszonym melodiom potrafi przeciwstawić zgrzytliwe gitarowe sprzęgi („Kalopsia”) i co najważniejsze, wcale nie zapomniał, jak grał na chociażby „Songs For The Deaf” („If I Had a Tail” i rewelacyjny „My God Is The Sun”). I znowu muszę wrócić do tego, co już powiedziałem – po pierwszym, lekkim rozczarowaniu, każde następne przesłuchanie płyty ujawniało coraz większe bogactwo aranży, mistrzowskie rozplanowanie partii instrumentalnych i piekielną wręcz zdolność od wymyślania melodii. Wielki rudzielec potrafi…

Konkluzja trzecia – klasyki czar. Właśnie – jest jednocześnie „…Like Clockwork” płytą na wskroś przesiąkniętą uwielbieniem do starej muzyki, do klasyki rock’n’rolla, do starych, zapomnianych płyt bluesowych. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nawet, jeśli czuję w tych utworach dawny żar, to zakrywa go owa stateczność, która raczej każe muzykom delektować się dźwiękiem i z wprawą klezmera grać barowe szlagiery, niż rzucać się na przesterowane gitary i rozwalać je na scenie. Pustynia nadal spalona słońcem, ale mam wrażenie, że gdzieś tam stoi klimatyzowany bar, w którym zespół woli przesiadywać. I tu pojawia się podstawowe pytanie – czy to źle? Czy źle, że dojrzeli, może nawet się ustatkowali, kierując w stronę rocka? Przecież liczy się talent, który nadal słychać w tych kompozycjach, nawet jeśli odarto je z owego żaru. Jasne, dzisiaj waham się jeszcze, czy wolę wracać do „Era Vulgaris” i „er-ki”, czy wolę te spokojnie płynące, zagrane jak zwykle po mistrzowsku „od niechcenia” PIOSENKI. Tak, tak, piosenki w pełnym znaczeniu tego słowa. Queens’ to dzisiaj klasycy rocka i tak trzeba ich postrzegać. Sam jestem już statecznym średniolatkiem, nie wstydzę się tego, dlaczego zatem mam za te same cechy ganić podmiot niniejszej rozprawki?

Arek Lerch

Pięć i pół