QUANTUM TRIO – Red Fog (Emme Record)

W ramach remanentów przedstawiam płytę, której premiera miała miejsce w zamierzchłym kwietniu, ale byłoby przykro, gdyby zespół nie pojawił się na Violence. Tym bardziej, że jazz jaki uprawia trio jest zdecydowanie mocny w treści i potrafi przywalić niemal rockowym wygarem. Zatem, cofam się o kilka miesięcy, obiecując jednocześnie, że jedynie w najbliższych dwóch tygodniach pojawią się jeszcze remanenty i na tym koniec.

Parę faktów biograficznych – Quantum Trio zostało założone w Rotterdamie (mam wrażenie, że jazzmani szybciej aklimatyzują się na zachodzie niż metalowcy). Muzycy (saksofonista Michał Ciesielski, pianista Kamil Zawiślak i pochodzący z Chile pałker Luis Mora Matus) poznali się na holenderskiej uczelni a nowy album nagrali we włoskim studiu. Prawdziwie międzynarodowa sytuacja. Najważniejsze jest jednak to, że płyta – opakowana  w obrazek polskiego i znanego artysty Kuby Sokólskiego – podchodzi do jazzu i improwizacji z innej niż klasycy strony. Przede wszystkim  – zwartość materiału. Porównując nowe dzieło z poprzednimi płytami (szczególnie z „Gravity”), słychać od razu, że zespół zszedł na ziemię. Zamiast za bardzo wystudiowanej, choć na pewno atrakcyjnej muzyki, zamiast eksplorowania rejonów cokolwiek melancholijnych (nie każdemu słowiański duch służy, choć takiego „IBBI” nie powstydziłby się EABS…), na nowej płycie QT zachowuje się bardziej jak zespół rockowy. Bo i motoryka, i konkretniejsza energia, rytmika itp., poza tym, zdecydowanie krótsze utwory, skupienie się na detalu i dynamice; to wszystko powoduje, że „Red Fog” to 40 min konkretu, przesuwającego – co, jak wiadomo, bardzo lubię – środek ciężkości z czystego jazzu we stronę alternatywnego poletka.redfog2-1-1024x682

Nawet jeśli zespół spogląda w stronę wspomnianych rejonów, to w kategorii techniki i spraw harmonicznych, pozostaje zdecydowanie tworem jazzowym. Na pewno oryginalności dodaje układ instrumentów, bo znowu (po np. Sundial) mamy do czynienia z brakiem częstotliwości basowych, co zmusza grupę do zdecydowanie innego eksponowania pracy instrumentów. Brak (kontra)basu obnaża układ między panami i trzeba przyznać, że radzą sobie doskonale, współpracując idealnie, zarówno w momentach zaaranżowanych jak i tam, gdzie zaczyna się „lot”. Jest to szczególnie słyszalne w porażających jak dla mnie utworach „Liquid Fire” (drum’n’bass’owy fundament robi tu niesamowitą robotę – czy tylko ja słyszę tu wczesnego Robotobiboka?), nowoczesnym otwieraczu „Interference” (w zasadzie wizytówka aktualnego oblicza zespołu) i „Red Fog” – tu z kolei mamy do czynienia ze świetną konstrukcją, żonglującą dynamiką i stylistykami: od klasyki, po fusion, z doskonale i ze smakiem pracującymi bębnami. Dla odmiany w takim „Streams” czy „Passing Time” zespół zbliża się do niemal balladowej formuły z okolic ECM.

Nie wiem, czy wynika to z faktu, że grupa operuje poza krajem, ale chyba niniejsza płyta została troszkę przegapiona (ok, wrzucam kamyk do własnego ogródka), tymczasem jest to przykład nowoczesnego, zagranego bez kompleksów jazzu, flirtującego z różnymi odmianami improwizacji, eksperymentującego z formą, choć z dbałością o te elementy, które stanowią coś w rodzaju tożsamości europejskiej (polskiej?) muzyki improwizowanej. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji posłuchać tego materiału, nadrabiajcie zaległości…

Arek Lerch 

Pięć