PYŁ –  Pył (wyd. własne)

Niezwykła jest ta potrzeba, pchająca nas do ciągłego tworzenia, bez przerwy, bez wytchnienia, niezależnie od okoliczności. Kiedy usłyszałem o zgonie Ampacity, wiedziałem, że dobrze się stało, bo zespół ten w pewnym sensie wypełnił swoją misję, zbadał kosmosy i wrócił na ziemię. Już pod inną nazwą. Tym razem to nie pył kosmiczny, ale ten, który unosi się spod naszych nóg w upalny dzień.

Bałem się troszkę, jak lot poprzedniego wcielenia zniesie to uziemienie. Czyli, dociążenie brzmienia, odessanie przestrzeni i zastąpienie jej dużo bardziej pancernym uderzeniem. Oczywiście, charakterystyczna praca gitary pozostała, nie zmieniło się także myślenie o kompozycji jako otwartej formie, choć trzeba przyznać, że końcówka Ampacity niebezpiecznie skręcała w stronę progresji, takiej, którą nie do końca lubię. Dlatego coś w rodzaju resetu było dobrym rozwiązaniem. Do dwójki znanej z powyższego bandu (Piotr Paciorkowski, Wojtek Lacki) dołączył perkusista Przemek Głowacki (Marksman) i zapodali debiutancki długograj. Jak jest? Inaczej, solidnie i stabilnie, choć nadal z odlotem._PAW8121big

Wydaje mi się, że debiut Pyłu to w zasadzie przedsmak tego, na co ten skład stać. To nie tak, że płyta jest krokiem niepewnym. Jest bardzo mocno osadzona, za sprawą pewnej, solidnej gry Przemka i nadal rozedrgana pod względem kompozycji i klimatu. Chodzi o to, że zespół w swojej premierowej muzyce zaznacza kilka wątków, jakby chciał powiedzieć: zobaczcie, możemy tak, ale możemy też inaczej.  Zwodzą nas? Może trochę, bo kiedy jako pierwsze numery zapodałem sobie „Niedźwiednik 1” i „Boy No Power”, pomyślałem, że chłopaki zatęskniły za rock’n’rollem i kowbojkami (drugi z kawałków), albo noisem („N 1”). Zobaczcie, jakie mylne przekonanie, bo po prawdzie rock jest tu tylko punktem wyjścia do swobodnej zabawy klimatem, postami („PTSD” i „Rhei” z pięknie rozwijającym się onirycznym klimatem) i rozedrganiem dźwiękowej materii a przede wszystkim, zabawy moim ukochanym transem, który w kilku momentach rządzi na tej płycie. Mowa oczywiście o najlepszych i najdłuższych w zestawie „Niedźwiednik 2” i „Aste”; tu dzieje się w sumie… niewiele, bo przecież oszczędność i przestrzeń to także w muzyce coś pięknego. Przestrzeń, dopuszczenie do głosu podskórnej, niepokojącej wibracji i dodanie do tego partii saksofonu (Karol Gola, obecny także w  „The Parisian”) kierują Pył w zupełnie inne rejony muzyczne. Także krótsze formy ujawniają kunszt zespołu, szczególnie Lackiego i Głowackiego, bo pozornie proste partie sekcji rytmicznej rządzą tym materiałem (patrz chociażby wspomniany  „The Parisian”).

Pył to pewny siebie zespół, choć mam wrażenie, że jeśli wytrwają na naszej nieprzyjaznej muzycznej scenie, to drugi album może wstrząsnąć tym światkiem. Czego im i sobie życzę…

Arek Lerch

Pięć