PUTERAEON – Cult Cthulhu (Cyclone Empire)

Ach, jak ja lubię płyty, które zyskują z każdym kolejnym przesłuchaniem. Takie, które mimo totalnie sztampowego i wtórnego charakteru wbijają w fotel, przygniatają kilkutonowym cielskiem brudnych riffów i nie puszczają aż do ostatniej zgłoski wyrzyganej przez nadwornego wokalistę. Tak, trzeba to powiedzieć bardzo głośno: druga płyta Puteraeon jest naprawdę mocnym punktem na mapie drugiej fali szwedzkiego death metalu!

Na „Cult Cthulhu” nie ma właściwie rozwiązań autorskich ekipy z północy. Panowie bardzo ładnie sięgnęli do początku lat 90-tych, skupiając się przede wszystkim na tym, co grało Entombed, Grave, Dismember i może nawet Edge of Sanity. Riffy mkną przez siedzibę przedwiecznych gładko, może nie z werwą huraganu, ale raczej majestatycznie, wzniecając przy tym serpentyny wisielczych melodii riffów i tony klimatu, który rozpełzł się po płycie niczym macki wszechpotężnego Cthulhu. Takie zderzenie walcującego ciężaru z rozpędzonym szwedzkim death metalem może stanowić podręcznik tego, jak nagrać w XXI wieku płytę, która odda ducha gatunku sprzed dwóch dekad, ani nie popadając przy tym w śmieszność, ani nie stanowiąc imitacji tego, co stworzyły wówczas szwedzkie legendy. Ba, nawet taki Morbid Angel mógłby na przykładzie „Conlaceratus” przekonać się, jak mogłoby wyglądać „Illud Divinum Insanus”, gdyby zespół spełnił oczekiwania swoich fanów. A tak soczystych i okrutnych strzałów jest przecież na „Cult Cthulhu” o wiele więcej. Ot, choćby pełen gitarowego groove’u i gardłowego growlingu „Shapeshifter”, łączący pogrzebową motorykę z wpadającymi w ucho melodiami „Liberation”, czy niezwykle klimatycznie otwarty, stopniowo rozpędzający się „The Great Epidemic of 1846”. Tak naprawdę w każdym z kawałków Puteraeon gra tak, że łeb bezwarunkowo kołysze się, naśladując psa zalegającego za tylną szybą czarnego BMW. No, ale jak może być inaczej, skoro płytę wypełniają same hity, które przypominają o tym, jak kiedyś Szwedzi grali death metal.

Drugi krążek Puteraeon to konglomerat tego, co w szwedzkim metalu najlepsze. Są świetne melodie i zabójcze riffy, jest niesamowita dawka klimatu, który rewelacyjnie podkreśla najbardziej ponure momenty płyty, a także stare dobre szwedzkie gitarowe rzemiosło, które chłoszcze dupę chrzęszczącym brzmieniem i pojawiającymi się znienacka galopadami. Wydawałoby się, że płyt pokroju „Cult Cthulhu” powstaje ostatnio całkiem sporo, ale dość szybko wypadają one z odtwarzacza ustępując klasykom. Dwójki Puteraeon nie pozbędziecie się jednak tak łatwo!

Dooban