PROTOMARTYR – Relatives In Descent (Domino/Sonic)

Czwarty album pochodzącego z Detroit Protomartyr to płyta niemal idealnie skrojona pod to miasto. Jest ponura, szara i nieco przygnębiająca, ale przy tym na swój sposób wyjątkowo romantyczna, a może – to w sumie właściwsze określenie – pełna nadziei. Lub – to też całkiem możliwe – świetnie udająca, że ci goście jeszcze ją mają.

Już pierwszy utwór, „A Private Understanding”, z grubsza pokazuje, że „Relatives In Descent” nie będzie się znacząco różnić od poprzednich albumów grupy. Po raz kolejny zespół stawia na stosunkowo prosty i melodyjny post-punk; ani szczególnie artystowski, ani też nie niechlujny. Usytuowany gdzieś pośrodku, w rozkroku między niemal noise’owym brudem i zgrzytliwymi gitarami a pulsującym, transowym bitem. Należy przy tym zaznaczyć że „Relatives In Descent” to przede wszystkim album wyraźnie akcentujący melodie – najczęściej dość subtelne, nienachalne, zamknięte nie tylko w melorecytatorskim tonie Joe Casey’a, ale również w prostych motywach gitarowych. Panowie rzadko sięgają po wyraźniejszy przester, ale gdy się pojawia, ich propozycja traci resztki popowego charakteru. Użyłem słowa pop? Cóż, nie jest ono zbyt fortunne, bo mimo całego swojego uroku i nawet delikatności, nie jest to wcale płyta tak przyjazna. „Relatives In Descent” zdaje się opływać w nadziei, ale raczej szczątkowej i przytłoczonej przez szarość i banalność. Chociaż nie lubię łączyć polityki ze sztuką – nawet jeśli te konotacje często są wyraźne – ale chyba jest jakiś Trump na rzeczy.protomartyr_-_photo_credit_daniel_topete_-_general_009_-_300dpi

Najjaśniejszym – raczej w przenośni niż dosłownie – punktem albumu jest „Don’t Go To Anacita”. Goście z The Fall i Wire poszliby na pięści o refren tego kawałka. Zresztą, podobnie można powiedzieć o „The Children”, „A Private Understanding” czy spokojnie dwóch-trzech innych utworach. I choć może czasy coraz bardziej burzliwe i niespokojne, nie jestem pewny, czy jest to muzyka zdolna do zrobienia „czegoś więcej”. A może „coś więcej” nie istnieje i tak naprawdę liczą się tylko dobre piosenki?

Szkoda jedynie, że pamiętamy tylko o tych bardzo dobrych i wybitnych. Dobre, po prostu, przepadają.

Michał Fryga

Cztery