PRO8L3M – Hack3d By GH05T 2.0 (RHW)

Pewne sprawy czy zjawiska człowiek ignoruje przez lata, z mniej lub bardziej poważnych pobudek. O donośności niektórych przeoczeń nie dowie się pewnie nigdy, o innych powie mu impuls chwili albo czysty przypadek. I chociaż wyrzuty sumienia spowodowane grzechem zaniedbania nie należą do najprzyjemniejszych znanych mi uczuć, szybko ustępują miejsca radości otwartych oczu. Bo z rapem, szczególnie tym rodzimym, z różnych względów nigdy nie było mi po drodze – a tu przychodzi taki PRO8L3M i… no właśnie, i mamy problem. Czas zweryfikować światopogląd?

Oczywiście, nie jedna warszawska ekipa wiosnę czyni, bo do gustu przypadły mi i „Orient” Synów, i chociażby „Tristape” Te-Trisa. To tylko wierzchołek góry lodowej, która – mam nadzieję – nie ulegnie globalnemu ociepleniu, dopóki gruntownie nie przeszukam wszystkich jej wspaniałości. Przez lata omijałem ją szerokim łukiem, przede wszystkim dlatego, że nikt nie chciał wyrysować wyraźnej linii rozgraniczającej ładne od tego brzydkiego. Byłem niemal pewien, że gdzieś tam kryje się mnóstwo składów ambitnych, interesujących i oryginalnych. Chcąc, nie chcąc, musiały one jednak funkcjonować w tym samym świecie, co autorzy przebojów wydobywających się z przybrudzonych głośników starych Nokii, uporczywie tym samym lansowanych przez osiedlowych Marków Niedźwiedzkich odzianych w dresy. I wciąż w pewnym sensie funkcjonują (nie z własnej winy, a przez etykiety), a wszystko mówiącej linii jak nie było, tak nie ma. Mimo wszystko, perełki takie, jak właśnie PRO8L3M, zachęcają do dalszych poszukiwań, nawet, gdyby raz czy razy kilka miał człowiek sparzyć sobie język na niewykwintnym wynalazku.

Skupmy się jednak na właściwym przedmiocie sprawy. Na wydanym w zeszłym roku długograju, zatytułowanym po prostu „PRO8L3M”, duet oczarował mnie przede wszystkim umiejętnością kreowania własnego świata. Niby nic, niby banał, ale szczerą prawdą jest, że po pewnym czasie świat przedstawiony zaczyna mieszać się z tym rzeczywistym i nie wiadomo, czy ci z omegą na nadgarstku, mercedesem AMG i prywatnym jetem to oni, czy ja, czy kto. Ale ktoś na pewno. I z grzybami, kwasem i koką. Taki to świat, daleki od sterylnego, ale na swój sposób wysmakowany. Niesamowicie wciągający. Surowy w brzmieniu i przebojowy jak diabli („VHS”, „Molly”). Nie dziwota, że zdołał zauroczyć i fanów rapu, i zwolenników szeroko pojętej alternatywy.Pro8l3m

Teraz PRO8L3M powraca do nas z przyszłości, z ep-ką, która jasno udowadnia, że warszawiacy są mistrzami koncept- albumów i, w tym samym momencie, wytrzymuje porównania z poprzednikiem, choć ukazuje przecież znacznie mniej bujające oblicze grupy. Duet roztacza nieciekawą wizję świata i zupełnie zdominowanego („2#17”), i powoli niszczonego („World Wide Web”) przez światy wirtualne. Raz jeszcze coś każe zanurzyć się w tej opowieści, chociaż tym razem nie pławimy się w banknotach i wódzie – jest chłodniej i nerwowo, niemal desperacko; nawet, jeżeli środki wyrazu nie zmieniły się drastycznie (no, może mniej jest bitów tak grubych, jak na „PRO8L3M”…), unoszące się w powietrzu rozedrganie nie pozwala tak zwyczajnie machać rytmicznie głową. Nawet „Makijaż”, numer- wydawałoby się- swoim luzem najodważniej nawiązujący do zeszłorocznego długograja, zanurzony jest po szyję w bagnie wirtualnej rzeczywistości. Także „Michael De Santa”, chociaż klimatem mocno przypomina „Dr Melfi”, podszyty jest jakimś podskórnym niepokojem. Teraźniejszość, jaką znamy, bez słowa przenika się w tych numerach z realistyczną wizją jutra. PRO8L3M nie moralizuje, po prostu podstawia pod nos lustro i trzyma za mordę, nie pozwalając się odwrócić. A najstraszniejsza w lustrzanym odbiciu jest ta pustka.

Adam Gościniak

Zdjęcie: osiemdziewiec

Pięć