PRO8L3M – Ground Zero Mixtape

Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem jakiś materiał zdołał wzbudzić we mnie równie ambiwalentne odczucia, co „Ground Zero”. Jestem pewien, że gdyby krążek ten wyszedł spod innych rąk, chóralnie obwieścilibyśmy kolejne objawienie. Tak – niedosyt wywołany brakiem poważniejszych zmian miesza się z aprobatą dotyczącą klasy tych numerów. Na ewolucję przyjdzie poczekać do wydania pełnoprawnego krążka, tymczasem duet raz jeszcze zaprasza na nie tak znów krótki film pt. „warszawska klasa szemrana”.

W zasadzie określenie tego mikstejpu mianem pamiętnika z życia stołecznego dresa lat 90. w piękny sposób oddaje jego istotę – nawet, jeżeli pewne szczegóły fabuły do wspomnianego okresu zwyczajnie nie przystają. Rzecz jednak w pewnym klimacie, no i w hołdzie kulturze (i muzyce) rave/ techno tamtych lat. Steez wykonał tutaj kawał dobrej roboty – to jest najbardziej zróżnicowany w kwestii podkładów materiał PRO8L3M dotychczas. Autorskie produkcje zupełnie zlewają się z tymi samplowanymi, tworząc spójną całość, a sam wybór sampli oraz jakość wszystkich podkładów, która w najmniejszym stopniu nie ucierpiała na objętości krążka, są świadectwem naprawdę tytanicznej pracy. No właśnie – objętość. Rzut oka na spis numerów może przytłaczać, nawet, jeżeli kilka pozycji z listy to zaledwie skity. Ostatecznie duetowi udaje się wyjść z pojedynku z opasłą formą obronną ręką, a długość „Ground Zero” postrzegam nie mankamentem, a raczej dowodem niezwykłej twórczej płodności.

Po naświetleniu sytuacji przez samych muzyków jak na dłoni widać bowiem, że omawiany materiał nie był żadnym priorytetem ani rzeczą, nad której konceptem warto by siedzieć miesiącami. „Ground Zero” to zmierzenie się z luźniejszą formą i hołd składany kulturze rave. I o ile w produkcjach ta niedbałość jest raczej niewyczuwalna, tak jeżeli chodzi o rap… cóż, powiedzieć, że Oskar podszedł do sprawy z pewną dozą ekstrawagancji, to jak nie powiedzieć nic. Linijki w rodzaju „zjadłem kotlet jajeczny i przyjebałem w śmietnik na wstecznym” panoszą się tutaj w totalnym rozbestwieniu, a perełki pokroju powyższego cytatu idą ręka w rękę z dobrze już znanymi obrazami wystawnego życia, drogich pań i niepewnych interesów. Sam raper tłumaczył, że w obliczu luźniejszej formy postawił na sprawdzone rozwiązania i znane na pamięć grunty. Bywa, że popada w autocytat, zamierzony, czy nie, a momenty te dobitnie uświadamiają, że formuła, która tak dobrze żarła na „Art Brut” albo pierwszym LP dzisiaj znajduje się na wyczerpaniu. Jasne, nie uwiera, bo przecież najbardziej lubimy piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy – rzecz w tym, że zdania powtarzane bez umiaru tracą w końcu swoje znaczenie, a spójny obraz całego tego grzesznego świata ustępuje miejsca zażenowaniu wywoływanemu przez powierzchowny sens tekstów Oskara. Mówię zwłaszcza o pierwszej, bardziej przewidywalnej, części materiału – taką wisienką na torcie i podsumowaniem tego wycinka płyty jest zdecydowanie „Na audiencji”, w którym to stężenie sprośności przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Mniej więcej na poziomie „Flar” rozpoczyna się jakby inny krążek: mniej oczywisty, niedopowiedziany. Lepszy.PRO8L3M

Wyszedłem ostatnio z dość kontrowersyjną i kłócącą się z logiką tezą: otóż, w moich słowach, „Flary” to najlepszy numer duetu dotychczas, zaś „Vanitas” – najmocniejszy punkt tego krążka. Ten pierwszy tytuł świadectwem właściwie nieograniczonych horyzontów rozwoju; tego, że jeżeli Oskar zamienia rzucane jak z automatu przekleństwa i slangową listę ciężkich dragów na bardziej uniwersalny sposób mówienia o emocjach, taka rzecz z miejsca nabiera niemal radiowego charakteru. Chciałbym zobaczyć więcej tego kierunku na następnym długograju. „Vanitas” natomiast – podobnie jak „Byłem tam”, „Golden” czy nawet „Magnolie” – nie dość, że jest bardzo dobrym muzycznie numerem, odsłania zupełnie inną, niewidzianą do tej pory twarz duetu. Raper przybiera tutaj bardzo emocjonalną, trochę naiwną i dziecięcą pozę, co daje naprawdę zaskakujące rezultaty. I raz jeszcze: taką twarz PRO8L3M chciałbym oglądać częściej, może nie do znudzenia, ale bez wątpienia te kilka tytułów w żadnym razie nie wyczerpuje tematu. Chciałbym widzieć rzeczy bardziej piosenkowe, a przy tym niewyzbyte tego zawadiackiego pierwiastka. A „jak się przypadkowo trafi cudza”, to znaczy: gdy zaplącze się gdzieś pośród nich kolejny numer nawiązujący tekstowo do „Art Brut” czy „PRO8L3M”, nie mam zamiaru narzekać. Znaj proporcjum, mocium panie – te słowa zdają się idealnie pasować do okoliczności. I w zasadzie mam wrażenie, że – mimo wszystko – o dalszą ewolucję duetu można być spokojnym; instynkt samozachowawczy albo mimowolna potrzeba zmian przewyższy w końcu miłość do tego, co brudne i jakże już dobrze poznane.

Adam Gościniak

Zdjęcie: Ada Zielńska

Cztery i pół