POPSYSZE – Kopalino (Nasiono Records)

Być może najnowsza płyta trójmiejskiego zespołu jest czymś w rodzaju odpowiedzi na pytanie, w jaką stronę powinny zmierzać rockowe załogi, gitarowe tria, które wyczerpały już temat, ale nadal mają ochotę na hałasowanie. Popsysze zrobili lekki krok w bok, przewietrzyli kompozycje i zmienili sposób ich pisania. Pewnie dlatego „Kopalino” jest jak haust świeżego powietrza, przesyconego morskim jodem.

Najważniejsze są tu okoliczności. Zespół przygotował kilka szkiców, spakował manele i wyjechał do małej, kaszubskiej miejscowości Kopalino, gdzie zamelinował się w domku letniskowym, podłączył sprzęt i przez parę dni nagrywał swoje pomysły. W wywiadzie muzycy wspominają, że podeszli do tematu na luzie – albo wyjdzie płyta, albo nic nie wyjdzie. Może właśnie takie podejście spowodowało, że trzymamy w rękach najlepszy krążek Popsysze? I żeby było jasne – nie ma tutaj jakichś strasznie wydumanych dźwięków, to nadal trzy instrumenty, plus szczypta elektroniki, ale wszystko jakby nieco inaczej użyte. Na czym to polega? Sam nie wiem, ale trudno dzisiaj nazywać Popsysze typowym zespołem rockowym. Na pewno duże znaczenie ma fakt, że dotychczasowe skłonności do improwizacji, które na „Popsute” były tylko dodatkiem, spuścił z łańcucha i pozwolił muzyce płynąć w nieznane. Zrobiło się z tego niezłe składowisko przyjemnie zaskakujących dźwięków, ujawniających ciekawe inspiracje muzyków. Rozedrgane, faktycznie bardzo sugestywne tematy, które powstały w ramach swobodnej wymiany energii we wspomnianym domku. Jednocześnie jest w tym dbałość o melodykę, zaś wspomniana improwizacja sprowadza się często do zabawy klimatem a nie do niepotrzebnego w tym przypadku rozwlekania muzyki w ramach instrumentalnych popisów.Popsysze

Mimo poczucia wolności, wszystko trzyma się kupy (aż strach uwierzyć, że to były tylko szkice; co to kaszubskie powietrze robi z muzykantami…), instrumentacje lecą pięknie, skręcając co i rusz w różne zaułki. A to zaglądają do nowej fali („Linia nr 8”), błądzą w psychodelicznej mgle („Wieje wiatr”) i odlatują w kosmos w krautowym „Kurchanie”. Jednocześnie cały czas jest w tym przyjemna swojskość, czasami sięgająca przeszłości jak w kojarzącym się z legendarną sesją „I Ching” kawałku „Jądro ciemności”. Pojawia się trochę frywolnego folku („Kasieńka”) a na koniec fundują zdezorientowanemu słuchaczowi długi, transowy, nasączony niesamowitymi brzmieniami finał zatytułowany „Latarnia”. To tylko kilka skojarzeń, które nasuwają się podczas lektury płyty. Jak zwykle musiałbym spuentować trójmiejski flow tej muzyki, ale to już wiecie.

Twórcy „Kopalino” to dojrzały zespół, w dodatku całkiem odważny, bo o ile na poprzedniej płycie „psuli” piosenki tylko trochę, to teraz kombinują już na całego, dając do zrozumienia, że na koncertach będzie jeszcze ciekawiej. Pewnie zasugerowałem się okładką, ale trójmiejska grupa to w 2017 roku coś w rodzaju stanu umysłowego, podobnego do Ścianki na poziomie „Dni wiatru”. Może przesadzone porównanie, ale tak w tym momencie czuję.

Arek Lerch

Pięć i pół