POKRAK – Selfinside (Green Lungs Records)

Całe szczęście, że istnieje szara strefa muzycznej Polski, która nie daje się ubrać w żadne, konkretne szatki. Taka ziemia niczyja, zawieszona między niezależną, prawie metalową nawałnicą a czymś bliżej nieokreślonym. Całe szczęście, bo dzięki niej co jakiś czas rodzi się zespół, który zwraca uwagę nie tylko garstki podobnie wyglądających szaleńców, ale szerszej publiczności. Taką szansę ma Pokrak.

Poza dziwaczną nazwą zespół ma całkiem sporo atutów. Debiutancki album grupy ujawnia przede wszystkim niesamowitą wrażliwość muzykantów. Te emocje nie są tu tylko wytrychem. Bo kiedy baja o nich herszt kamandy na V, nie wierzę mu, zaś Pokrak nie musi w tym temacie niczego udowadniać. Ta muzyka aż kipi od nagromadzonych uczuć. Adrenaliną Pokrak mógłby obdzielić sporą część wszystkich emo – załóg w tym kraju, jednak zespołowi daleko do histerii tych ostatnich. Tu jest zaduma, nostalgia i smutek, ubrane jedynie w nieco mocniejsze dźwięki. Pokrak w niesamowity sposób operuje klimatem – czy to przez podniosłe partie wokalne („Owners” ze swoją kosmiczną głębią) czy za sprawą świetnie rozplanowanych gitar, wpadających w transowe pętle. Nie sposób uwolnić się od porównań do późnego Deftones. Zderzenie spokojnych, stonowanych melodii z hałaśliwymi, post grunge’owymi gitarami i podskórnego niepokoju jest podobne. Wydaje mi się jednak, że Pokrak jeszcze w ten fajny, młodzieńczy sposób potrafi zabawić się z dźwiękami (świetne, metaliczne dysonanse w „Sarah Kane”), dodaje do muzyki sporo dynamiki, psychodelię traktując jedynie jako przyprawę. A z tą trzeba uważać, by nie przesadzić.

Selfinside broni się przede wszystkim dzięki znakomitej warstwie wokalnej. Dawno nie słyszałem polskiego zespołu, który posiadałby w składzie taki talent. Na szczęście, muzycznie grajkowie dorównują gardłowemu. Płyta toczy się spokojnie, zachwycając harmoniami, pozornym spiętrzeniem hałasu, który jest w gruncie rzeczy bardzo chwytliwy. Do tego dochodzi rozsądne dawkowanie dźwięków – zamiast natłoku jest pokerowa postawa, każąca zespołowi ostrożnie obnosić się ze swoimi największymi atutami. Stąd też przyjemne uczucie odkrywania kolejnych warstw tego cukierka. Jest słodko, kwaśno i gorzko. Przede wszystkim zaś zespół nie zapomina, że granie długich numerów nie musi być obciachem. Czasami smaki się zlewają, czasami egzystują obok siebie. Cały materiał jest bardzo wyrównany, dlatego trudno wyróżnić z niego jakichś zdecydowanych faworytów. Nie spodziewałem się, że płyta odsłoni przede mną tak dobrze ukształtowany zespół, który precyzyjnie realizuje swoje zadanie. Począwszy od stylowej, rysowanej okładki, przez ciekawe brzmienie aż po wspomniany klimat, nie sposób oderwać się od muzyki. Jasne, dla nu metalo – fobów wszystko będzie się kojarzyło dość jednoznacznie. Takich wpływów nie sposób uniknąć, jednak dawka gumowego riffowania jest tu tak niewielka, że nazwanie Pokrak nu metalowcami (gdzieś tam takie określenie się już pojawiło), jest zwyczajną głupotą.

Pokrak ma wszystkie atuty i potrzebną werwę. Gotowy, dopracowany produkt. Oby tylko rodzimy, zachłanny i zawistny biznes ich nie spieprzył.

Arek Lerch