PLUJĘ SMOŁĄ – Naturalny brud

Mknący ku rychłemu zakończeniu 2016 cały czas zaskakuje i przypomina, żeby starannie ułożyć listę życzeń dla Mikołaja. Otóż, gruby i niezbyt zadbany starcze, poproszę “Sex” Kinga Dude, a wraz z nim “Lucifer Is Love” Them Pulp Criminals. Nic więcej nie potrzebuję. Ależ mi brakowało takich pozycji ostatnimi czasy. Ociekających proletariackim duchem rock’n’rolla, ale i eklektycznych. Pięknych, choć utrzymanych w swej pierwotnej surowości, subtelnych i rozbrajająco bezpośrednich. King Dude wraz z polskimi kolegami wprawdzie nie osadza podstaw swej twórczości na rockowym fundamencie, ale brutalnie myli się ten, kto odmówi im powinowactwa z tą stylistyką. Bo tak ujmująco szczerze w tym roku nie zagrał nikt. „Prawdziwi” rockersi łapią resztki tchu po owocnej konsumpcji fajek z filtrem, a jeszcze prawdziwsi metalowcy tkwią w świecie żelaznych ideałów. I raczej nie myślą o jego opuszczeniu.

A King Dude robi swoje, nie oglądając się za nikogo. Pełen pomysłów i abnegacji cechującej twórców wybitnych nagrywa płytę, która spokojnie mogłaby być ścieżką dźwiękową niejednego indywiduum na życiowym zakręcie. Sex to album potwornie dziwny, niejednoznaczny, pełny prostych, szeroko pojmowanych ram klasyfikacyjnych. Zróżnicowany to słowo-klucz. Nieprzewidywalny także. Bo King nie idzie na kompromisy. Startuje frywolnie frunącym w przestworza “Holy Christos”, by ledwie kilkanaście minut później boleśnie celnie zaatakować bezpardonowym “Sex Dungeon (USA)”. Głowię się intensywnie nad tym, jaka chemia wspomagała bohatera niniejszego tekstu, bo w to, że on te do szpiku kości schorowane melodie tak na trzeźwo wymyślił, nie uwierzę. Mógł też wypić mleko, zupełnie jak jego wielcy fani, jednocześnie partnerzy na trasie i godni powiernicy dzierżonego przezeń stylu…SEX

…czyli Them Pulp Criminals. O krakowskim duecie powiedziano już absolutnie wszystko. Z chęcią zapytałbym Tymka (wokalisty – przyp. Brzoza), czy nigdy go nie kusiło, by wyprowadzić soczystego sierpa wszystkim tym, którzy rozpatrywali charakter Lucifer Is Love poprzez pryzmat stolicy Małopolski. A przecież to jawne brednie, bo Igor i Tymoteusz z góry upatrzyli sobie zaczadzoną papierosowym dymem aurę Stanów Zjednoczonych. Do jednego gara włożyli Coffinshakers, Kinga Dude, Nicka Cave’a i nieodżałowanego Johnny’ego Casha. Oczywistym jest, że efekt całego przedsięwzięcia – stanowiący raczej hołd klasyce, niż chęć opracowania nowej stylistyki muzycznej – należy do bardziej przewidywalnych, niż oryginalnych, ale co z tego? Baryton Tymoteusza ujmuje głębią i odpowiednim nagromadzeniem zawartych w nim emocji. A któż śmiałby jeszcze kilka lat temu posądzić owego pana o takie ogromne plusy? W Cremaster (nie żebym nie lubił…)? A tak trafił on na wyśmienite, dźwiękowe pejzaże wykreowane przez Igora i wszyscy zadowoleni. Zwłaszcza przy takich hitach, jak “130”, albo zamykający krążek, przekorny “Sacred Ground”.LiL

I to już koniec podróży na dziki zachód. Oczywiście, mentalnej, przecież żadna z kapel dzikiego zachodu formalnie nie reprezentuje. Ciekawe, jak potoczą się dalsze losy Them Pulp Criminals, bo King Dude tworzy muzykę w Stanach kochaną, przez niektórych wręcz wyssaną z mlekiem matki. A nasi krajanie? Oj, na dziwny grunt trafili. No, bo jak tutaj ich nazwać. Słowiańskie country? Krakowski neo-folk? Błagam…

King Dude – “Sex” (-)

Them Pulp Criminals – “Lucifer Is Love” (Malignant Voices)

Łukasz Brzozowski