PLUJĘ SMOŁĄ – Mainstream do boju!

W każdej formie sztuki potrzebni są gwiazdorzy, może nawet celebryci. Niby znaczenie podobne, ale tak dostać celebrytą po twarzy? Bolesne. Istotą sławy jest to, że nawet w najskrzętniej ukrywanych niszach znajdzie ona swoich pupili. Praktycznie w każdej odmianie metalu można znaleźć zespoły, których nazwy przytoczą nie tylko ich zatwardziali fani, lecz nawet zwykli zjadacze chleba, co to preferują dyskotekowy trans od wyrazistego riffu. Dzisiaj nieco o gwiazdach z rejonu thrash metalu: Metallice, Anthrax, Slayer i Megadeth.

Wielka Czwórka thrash metalu jest tematem oklepanym, gwałconym i rozstrząsanym miliardy razy, ale kiedy na przestrzeni kilkunastu miesięcy wszyscy, jak jeden mąż, startują z nowymi płytami, trzeba trupa wskrzesić raz jeszcze. Umiejętnie do tematu podszedł Dave Mustaine. Z nieco kiczowatej okładki najnowszego wydawnictwa Megadeth, „Dystopia”, spogląda kochany Vic Rattlehead. Maskotka goszcząca na frontcoverze ekipry rudowłosego buntownika powinna zwiastować szereg zmian, tj. kolejny już ukłon w stronę lat młodzieńczych Rudego, kiedy to żaden narkotykm d nie był w stanie ominąć jego czujnego oka, a palcołomne solówki bezproblemowo szły w parze z klasycznymi riffami. Nasz bohater już zdążył w nowym tysiącleciu sypnąć thrashowymi strzałami. Na „Endgame”. Ów materiał to kanonada szybkostrzelnych zagrywek, dynamicznych temp i obłędnych pochodów gitarowych na linii Mustaine-Broderick. Jednak Dave odczuł znudzenie łupanką, toteż znowu próbował podbić rejony zarezerwowane dla jego kolegów, o których nieco później. „13” i Super Collider” nie są złymi płytami. Mają swoje hity, można je spokojnie ponucić, lecz śmierdzą koniunkturą. C’mon! Koleś od kawałków „Devil’s Island” albo „Set the World Afire” chce zdobyć poklask w stacjach radiowych o komercyjnym charakterze? Brzmi bezsensownie. Chyba sam się o tym przekonał, bo „Dystopia” to prostolinijny metal prosto z trzewi. Wyrazisty, chwytliwy, ale przede wszystkim szczery. Wreszcie poczułem, że riffy Dave’a nie są dziełem przypadku i zmęczenia wywoływanego dumaniem nad zrównoważeniem popu i metalu w Megadeth. Wystarczy posłuchać „Fatal Illusion” poganianego zawrotnym riffem, tytułowego utworu czerpiącego garściami z tradycyjnego heavy, bądź też charakternego „Post-American World”, gdzie Mustaine po staremu wyżywa się na obłudzie politycznych głów.13962551_10153708149160264_4159459093483101961_n

Podobnie pragnęli uczynić jego odwieczni rywale, dzisiaj dobrzy kumple – Metallica. Po latach komicznego błądzenia w stylistykach zupełnie do zespołu nie pasujących, w końcu radośnie oświadczyli, że na pomarszczone nogi nakładają stare rurki, a wątłe torsy ozdobią naszpikowanymi naszywkami katanami. I wyszło, jak wyszło. Bo niby jest szybko, staroszkolnie, ale dalej nad usilnymi próbami grzania przeważa największa zmora i jednocześnie szczęście chłopaków – „Black Album” i „Load”. Sytuacja przezabawna. Można przyrównać ją do zdesperowanej 15-latki, która z całego serca pragnie pierwszego stosunku, ale waha się do tego stopnia, że jednak odpuści, mimo wszystko. I tak właśnie jest z Metalliką. Piosenkowość już nigdy ich nie opuści. Czy to źle? Cytując największego Polaka: „Nie wiem”. Rzadko kiedy słucham, więc co mi z tego. Prędzej już zarażę się wąglikiem, niż zacznę tym przejmować. A Wąglik też złapał choróbsko znane pod nazwą „kryzys wieku średniego”. Chociaż oni to nigdy od metalu za bardzo nie odchodzili. Lubili zabawy w rap (chyba każdy zna „Bring the Noise”, nie?!), nowoczesny metal, hardcore punka i ballady. Mimo faktu, że po latach dokonania z Johnem Bushem za sitkiem trącą myszką, nie sposób odmówić ekipie Iana oddania metalowej formule. „For All Kings” to deklaracja przywiązania do thrash metalu, co sygnalizuje już otwierający „You Gotta Believe”. To jest właśnie Wąglik A.D. 2016. Kiedy trzeba, prą do przodu, czasami zwolnią – na rzecz heavy metalowych impresji – podbudują strukturę nieco hermetycznych riffów nośną melodią i fajnym refrenem, i bum – mamy fajną, udaną płytę. Najbardziej udaną w momencie rozpędzonego „Zero Tolerance”, trafnie oddającego problemy naszej cywilizacji w osnowie lirycznej. Ale pamiętacie, kto w Big Four od zawsze jest najbardziej rozpędzony, żądny krwi, ofiar i niezależnie od przeszeregowań składzie chłoszcze riffami?zrzut-ekranu-2016-11-20-o-19-28-27

Tak, Slayer chłoszcze, smaga, biczuje i torturuje na inne sposoby nawet w obliczu roszad w ekipie. Ale gdy z tej ekipy i ziemskiego łez padołu na stałe odchodzi filar i twórca lwiej części materiału – Jeff Hanneman? Ludzie zastanawiali się, czy to ma jeszcze sens? Czy to jeszcze Slayer? Ja też się zastanawiam, choć niepotrzebnie, bo miałkie są szanse, że Zabójca kiedykolwiek uraczy nas nową dawką sonicznego zniszczenia. Repentless to prawdopodobnie ostatnia taka okazja. Dobra? Raczej nie. Stanowiąca takie smutne pożegnanie ze sceną, pożegnanie na miarę kapeli zmęczonej i wypranej z pomysłów. Dwunasta, pełnoprawna propozycja Slayer niejako kontynuuje toporną łupaninę z „World Painted Blood”. Chociaż nie cały czas jest źle. Konkretną serię bezpardonowych ciosów wymierza krewki kawałek tytułowy, fajnie jest potupać nóżką przy rześkim „Implode”, albo oddać się we władanie monumentalnemu „Pride in Prejudice”. Szkoda jedynie, że to zaledwie nieliczne przebłyski w kadzistym morzu mielizny. W życiu nie zapamiętam takich utworów, jak „Vices” lub „Cast the First Stone”, a pozostawione przez Hannemana „Piano Wire” nie urzeka niczym, prócz hardcore punkowego sznytu.Slayer band

No i co? Powydawali albumy, już po wszystkim. Możecie otworzyć oczy. Jak zawsze, wyszło na jaw, że w Wielkiej Czwórki wielki jest jedynie Megadeth. Anthrax od zawsze wydawał się być tam na doczepkę, a Metallica wespół ze Slayerem tylko rozczarowały, ale czego się po dziadkach spodziewać? Ah, wiem czego. Takich płyt, jak Incoming Death Asphyx. Patrzeć i się uczyć, emeryci.

Metallica – „Hardwired… To Self-Destruct” (Blackened Recordings)

Megadeth – „Dystopia” (Tradecraft)

Slayer – „Repentless” (Nuclear Blast)

Anthrax – „For All Kings (Nuclear Blast)

Łukasz Brzozowski