PLUJĘ SMOŁĄ – Boli mnie mózg!

Przepadam za artystami, którzy podążają własnymi ścieżkami. Bardzo łatwo poznać, kiedy próby odkrywania siebie na nowo są osobliwą wędrówką w głąb duszy, a kiedy jednorazowym kaprysem, kończącym się raczej groteskowo. W elektronice, czyli niespożytej studni bez dna, odpływy i awangardowe jazdy to całkowita norma. Kompozytorzy operujący stołami DJ-skimi, syntezatorami i wszelkiej maści efektami już dawno zrozumieli, że klubowy beat to jedynie drobnostka, a za pomocą swoich narzędzi można wykrzesać znacznie więcej. Od schorowanej symfonii zgrzytów, przez trance’owe szaleństwa, aż po ekspozycję nośnego rytmu, który niczym obuch wbija się w skroń. Arca i Perfume Genius wbili się w tym roku tak mocno, że powrót do rzeczywistości może zająć mi znacznie dłuższą ilość czasu, niż podejrzewałem.

Urodzony w stolicy Wenezueli Arca to zwariowany ekscentryk, któremu żadna radykalna wolta ani przewrotna zmiana atmosfery nie przeszkodzą. Ekstrawagancki DJ, który ma na koncie współpracę chociażby z Bjork, porusza się tylko po własnej orbicie i chwała mu za to. A wszystko to cieszy dlatego, bo Arca jest najlepszy, gdy serwuje słuchaczom stałe prztyczki w nos. Kiedy człowiek już myśli, że dany motyw zostanie rzetelnie rozwinięty, on rozpoczyna nowy – zupełnie odmienny. W takim „Anoche” nieomal ambientowy spokój balansuje na krawędzi z industrialnymi podrygami, a wszystko okrywa ciepły koc z wokali Arca. Jeśli szukacie końskiej dawki czegoś, co można byłoby przyrównać do muzyki filmowej robionej na LSD, z domieszką dubstepowych drgnięć, wystarczy zawiesić ucho na iście niepokojącym „Urchin”. W „Castration” pobrzmiewają echa klubowej łupaniny, lecz wenezuelski artysta nie byłby sobą, gdyby na samych echach oparł porcję muzyki podpisanej swoim pseudonimem. Nie dziwi więc, że oprócz żwawego beatu i syntezatorowych zabaw, Arca poczęstował zmylonego słuchacza nieludzką ilością zgrzytów, bezpośredniością przywodzącą na myśl złote lata techno i basowym dudnieniem. Mówi się, że trzeci album jest tym najważniejszym w dyskografii każdego muzyka. Jeżeli tak, to nic, tylko pogratulować, bo Arca wspiął się na wyżyny swojego twórczego opętania i stworzył dzieło, które spokojnie powinno zapisać się złotymi zgłoskami w annałach muzyki elektronicznej.Arca_Arca_Cover_4000_010217.jpg

O ile Arca to niepoprawny szaleniec, po którym nigdy nie będzie można spodziewać się znamion przewidywalności, o tyle Perfume Genius jest twórcą zupełnie innego kalibru. Już dawno temu wybrukował swoją własną ścieżkę, kroczy po niej z wysoko uniesioną głową, ale dalej daleko mu do Arca. A może jest zupełnie na odwrót? W każdym razie obydwu tych panów znacznie więcej dzieli, niż łączy. Perfume Genius nie stawia na żwawe odpryski chaosu, nie kreuje swojej muzyki na kanwie niespotykanych dotąd rozwiązań. Mieszkaniec Seattle stawia na tradycyjne metody. Klasyczne, wręcz popowe podejście do śpiewu, piosenki o wyraźnie zarysowanych strukturach i po prostu muzyka, która może stanowić dobry akompaniament pod podróż samochodem albo wycieczkę na plażę. Oczywiście, nie znaczy to, że Perfume Genius = tania papka do wciśnięcia pierwszej-lepszej rozgłośni radiowej. Amerykanin lubi złamać rytm i na jego podstawie oprzeć cały utwór („Go Ahead”), odczuwa potrzebę wtulenia się w ramiona popowo-ambientowej słodyczy („Die 4 You”) czy nawet flirtu z niemal smooth-jazzową rytmiką („Run Me Trough”), ale dba o słuchacza. Lubi, gdy jego muzyka nie wykracza poza pewne ramy normalności. I to jest sekretem sukcesu „No Shape”.PerfumeGenius_NoShape WEB

Niecodzienna elektronika w formie? Jak najbardziej. A jeżeli artyści pokroju Arca czy Perfume Genius mają wypuszczać tak dobre materiały, ale o jeszcze większej częstotliwości, to pozostaje jedynie czekać. Czekać, będąc nabuzowanym, jak nigdy dotąd.

Arca – Arca (XL/Sonic)

Perfume Genius – No Shape (Matador/Sonic)

Łukasz Brzozowski