PLEASE THE TREES – A Forest Affair (Starcastic Records)

Przesyłka z Czech zawsze cieszy. Lubię zespoły zza Olzy, bo ich bezpretensjonalność i nie dbanie o otaczające nas mody bardzo odświeżająco wpływa na człowieka. Ze swoim wyluzowaniem grupy z tego kraju bardzo często brzmią zdecydowanie nie – europejsko Nie wiem, z czego to wynika, ale kraina smażonego sera wytwarza jakieś fluidy kojąco działające na układ nerwowy. W każdym razie mnie „A Forest Affair” Please The Trees uspokaja.

To już trzecia płyta czeskiego kwartetu. Ponownie grupa oddala się z dużym znawstwem od współczesności i wędruje gdzie? Ależ to oczywiste, do jedynego, słusznego okresu, czyli lat 90 – tych, choć w kilku miejscach zapuszcza się jeszcze dalej. Tym razem nie składa hołdu muzyce hałaśliwej, ale raczej tym wszystkim, trzymającym w dłoniach gitary smutasom, grając lekko psychodeliczne a jeszcze bardziej bluesowe pieśni, zbawiennie wpływające na moje nerwy. Muzycy nigdzie się nie spieszą, potrafią zawieszać akcję utworów, co w dobie świata zapierdalającego na złamanie karku jest błogosławieństwem. Ta płyta jest jednym, wielkim smakiem. Każde uderzenie w struny, klawisz czy membranę ma sens i czuję w nim niemal filozoficzną zadumę. Zamiast wściekania się, Czesi uciekają w swój własny, wewnętrzny świat. Co nie znaczy, że nie słuchają co się wokół dzieje. W każdym razie ja to słyszę…

Wielkim szacunkiem muzycy darzą akustyczne poszukiwania Michaela Giry („Getting Ready” mógłby znaleźć się na „Other People”…), te charakterystyczne harmonie, klimat jak z deszczowego poranka gdzieś w Alabamie. Nie wiem, czy to tylko moje przywidzenie, ale PTT wyraźnie ciążą ku akustycznym, delikatnym pieśniom, ku tradycji Velvet Underground (ktoś powie – Mogwai…). Szczyt tych wizji przypada na piękny, gospelowy „Nobody No One” – to już pełna apoteoza niezależnej Ameryki, choć czuć tu także bardziej współczesne oblicze mieszkającego przecież w Anglii Nicka Cave.

Największym atutem Please The Trees jest dla mnie tzw. „brak spinki”. Całe to ich muzykowanie przypomina rozchełstaną koszulę i leżący na podłodze krawat. Rozczochrane włosy, okulary, czarną kawę i dymek z papierosa. Poranek, będący nadzieją na coś ciekawego. W tej leniwej narracji grupa przemyca autentycznie piękne, gitarowe melodie, kilka drobnych dysonansów i dużą, muzyczną wiedzę. Ze smakiem przelatuje po alternatywnym dwudziestoleciu, stając się spokojniejszym alter ego niezapomnianego Sunshine. Dobra muzyka na poprawę humoru.

Arek Lerch