PLANET HELL – Mission One (Thrashing Madness Productions)

Kojarzona głównie z reedycjami przykurzonych klasyków i oldschoolowym podziemnym metalem Thrashing Madness wypuszcza debiutancki album zespołu zapatrzonego nie w piekielne czeluści, ale w kosmos… Ale czy to na pewno aż tak zaskakujące? Planet Hell gra jednak muzykę mocno zakorzenioną w latach 90., być może więc prog to nowe retro… Tak czy owak, kierunek uważam za słuszny, bo „Mission One” to jeden z najfajniejszych materiałów w katalogu leszkowej wytwórni.

Planet Hell wydaje się zespołem, którego koncepcja nie zakłada półśrodków. Podkreślona grubą kreską inspiracja twórczością Stanisława Lema nie sprowadza się do podziękowań dla Trurla i Klapaucjusza. Podane w wersji polskiej i angielskiej teksty poprzedzone są wprowadzeniem i wręcz przeładowane odwołaniami do dzieł autora „Głosu Pana”. Co więcej, wkładka w przepięknie wydanym digipaku formatu DVD zawiera nie tylko teksty, ale i ilustracje Daniela Mroza, od lat towarzyszące twórczości Lema. Koncepcyjnie jest więc na bogato, natomiast muzycznie – bardziej ascetycznie niż można by tego oczekiwać po zapowiedziach. Preferowana przez Planet Hell estetyka „progresywnego death metalu”, tematyka science-fiction i powoływanie się na inspiracje muzyką Devina Townsenda i Stevena Wilsona – to wszystko sugeruje jakieś rozbuchane symfo-koncepty i dziwne dźwięki z syntezatora gitarowego. Tymczasem „Mission One” to płyta jednoznacznie deathmetalowa z mocnym thrashowym akcentem, krewniak „Testimony of the Ancients” Pestilence i „The Key” Nocturnus, z perkusistą zasłuchanym w Gene’a Hoglana i jego triole na talerzach. Trudno mi tu wyróżnić jakiś wybijający się przebój, wszystko zbija się w twardą riffową jazdę, nieco monotonną w całości, ale bardzo dynamiczną i wyrazistą, bez ucieczek w syntezatorowy kicz. W koncepcję wpisał się nawet kower „Earthshine” Rush, ciekawie przetłumaczony na język technicznego thrashu, z refrenowym jodłowaniem Geddy’ego Lee odegranym na gitarze. Przede wszystkim, „Mission One” nie brzmi przaśnie ani nieudolnie, a z drugiej strony unika zbytniej falbaniastości progrocka i zgubnych sideł djentu i innej muzycznej przesady. ph

W porównaniu z ilością muzyki inspirowanej Lovecraftem, Stanisław Lem praktycznie w muzyce nie istnieje (ostatni precedens, jaki sobie przypominam, to „Solaris” duetu Frost/Bjarnason). Planet Hell kłania się mistrzowi z głębi niszy, ale z szacunkiem i godnie. I to z muzyką, co do której nie miałem większych nadziei, że mi się spodoba, bo większość współcześnie grających zespołów z podobnych klimatów kompletnie mnie nie kręci. „Mission One” przypomina, że nawet w technicznym death metalu „mniej znaczy więcej”, a aranż i umiejętności techniczne mają służyć dobrej piosence. Nie wpisuje się przy tym w „kult czaszki”, ale trzymam kciuki, by znaleźli swoją grupę odbiorców. Jeśli taki Vektor fetowany jest jako odnowiciel thrashu, to Planet Hell powinni mieszkać w limuzynach.

Bartosz Cieślak

Pięć