PLACEBO – Loud Like Love (Universal)

Siódmy album Brytyjczyków to antidotum na smutki, słodki Tussipect na duchowy kaszel – może pomóc, ale może też spierdolić zdrowie. I tylko od nas zależy, jak słodką przewrotność „Loud Like Love” zrozumiemy.

Placebo to jeden z tych „stadionowych” zespołów, którego muzykę ująć dość trudno, ze względu na mnogość wpływów. Z tego też powodu muzyczne influencje kierowały słuchacza na różnych etapach od post punka, przez goth rocka, alt pop aż do indie. Sporo tego i faktycznie, trudno jednoznacznie określić, co też Placebo właściwie gra. Pozostańmy zatem przy określeniu „rock”. Z elektroniką w tle i smutkiem w duszy.

OK., na „Loud Like Love” ów smutek jest jakby mniej zaznaczony, zagubienie mamy co najwyżej w tekstach (too many friends…) a brud także jakoś bardziej kontrolowany. Trudno? Nie, bo od debiutu minęło już 17 lat, tanie piwo i używki zastąpiły limuzyny i kontrakty z dużą ilością zer. Nie wiem, czy nagrywają z psychiatrami w tle i tu pewnie jest jakaś analogia z Kings of Leon, choć akurat zespoły różni wszystko – głownie zaś klimat. Mglista Anglia sprzyja refleksji i dlatego nowa płyta taka właśnie jest – rozmarzona, melodyjna, podkręcona elektroniką i choć niektóre kawałki mogą wydawać się miałkie, jako całość w sumie sprzedaje się nieźle.

W średniowieczu na dworach moznowładców istniała funkcja chłopca do bicia. Kiedy królewska latorośl pobierała nauki i wiedza jakoś nie chciała do łba wchodzić, nauczyciel, zamiast tłuc przyszłego króla w dupsko, czynił to samo z chłopcem do bicia. Przyszły król nie był od tego mądrzejszy, co najwyżej ratował dupę od niechybnego posiniaczenia. „Loud Like Love” to taki muzyczny odpowiednik wspomnianej funkcji. Wszyscy jak jeden mąż wyżywają się na płycie, odsądzając ją od czci i wiary, tłuką ile wlezie, zapewne w odwecie za to, że zespół gra co tam chce i nie rozpadł się w heroinowym amoku. Płytę najlepiej potraktować jako całość – nawet jeśli jakieś kawałki są nie do końca przekonujące, grupie udało się stworzyć spójne dziełko, świadczące o tym, że nadal mają pomysły. Trudno mi pisać o premedytacji w muzycznych poszukiwaniach, bo przecież każdy zespół chce grać muzykę, która przyciągnie jak najszersze grono słuchaczy. Placebo za sprawą swojej siódmej płyty na pewno rozszerzy krąg fanów, nawet jeśli starsi maniacy wczesnego oblicza grupy odwrócą się z obrzydzeniem. Co pozostało bez zmian? Senny – jednych cieszący, innych wkurwiający (moja żona), wciąż chłopięcy wokal Briana Molko. Gitarowe szumy i senna aura. W sam raz na przytłaczającą nas jesień. Jeśli miałbym się do czego przyczepić – jedynie okładka jest moim skromnym zdaniem nieudana.

Placebo pozostaje na swoim miejscu. W zasadzie bez zmian, choć może z delikatną nadzieją, że w przyszłości coś drgnie. Trudno oczekiwać, żeby przywalili czymś wybitnie oryginalnym, ciała jednak nie dali. Być może moje bajania są efektem starzenia się; wolę taką starość niż inną, tym bardziej, że żyję w kraju, gdzie do emerytury człowiek raczej nie dociąga.

Arek Lerch 

Cztery