PIEJO KURY – Na ludowo choć inaczej

Od czasu Grzegorza z Ciechowa pojawiają się próby ujęcia muzyki ludowej w nowoczesny anturaż, choć – niestety – częściej kończy się na „kto nie wypije…” niż faktycznym zaskoczeniu. Bo muzyka ludowa ma w sobie coś magnetycznego i ulotnego jednocześnie, coś, co łatwiej spieprzyć niż przerobić na złoto. Dzisiaj dwie propozycje, które ludowe klimaty traktują mniej lub bardziej umownie, ale choć bardzo różne jest podejście do tematu, trzeba przyznać, że wyszło to bardzo intrygująco z dala od jakichkolwiek cepeliowych mielizn.

Na pierwszy ogień zapoznamy się z mniej oczywistym projektem, który wprawdzie tytuł ma nawiązujący, ale to w zasadzie ostatnia, w miarę zrozumiała rzecz. Duet Bukowski/Zemler (Opla) nie podchodzi do muzyki ludowej z nabożną czcią, nie próbuje wyciągać z niej esencji, raczej zaprzęga ją jako składnik własnego rozumienia dźwięku – to ludowy duch pracuje na rzecz hałasu, niż łagodzi wydźwięk płyty; trans na ¾, oberek na noise rockowo, improwizacja po kurpiowsku. Brzmi paranoicznie, prawda? Jak wyzwanie? Nie traktuję grania muzyki jako wyzwania. Za każdymOpla razem to inne doświadczenie, opowieść, inny świat, inna podróż – z Javvą na afrykańskie złomowiska, z Oplą na polskie wsie – stwierdza Piotr Bukowski. I te opolskie wsie słychać, tylko trzeba przebić się przez hałas. Całość jest w sympatyczny sposób surowa, bez zmiękczającej roli basu, esencjonalny wyziew. Gdzieś skojarzyło mi się to odrobinę z prekursorskimi nagraniami Denison/Kimball Trio, choć oczywiście Opla bazuje na naszym, rodzimym fundamencie. I nawet jeśli przy ich muzyce miłośnicy folkloru raczej bawić się nie będą, to zespół stworzył, nie boję się tego powiedzieć, muzykę odświeżającą zapyziały, gitarowy dołek. W zasadzie trudno mówić o płycie w kategoriach improwizacji, bo jest ona tu nieco schowana, rolę przewodnika podejmuje Hubert Zemler, którego bębny, pozornie surowe, mentorskie w swoim transie, po kilku minutach stają się wręcz oczywiste. Najważniejsza jest tu prostota. Prostota pozorna, bo choć na początku wydaje się, że tych kilka dźwięków to niezobowiązujące granie, finalnie doświadczamy bardzo kunsztownej konstrukcji, w której wszystko jest dokładnie zaplanowane. Co ciekawe, równowaga jest utrzymana mimo braku pozornie oczywistego instrumentu, czyli basu. Jednocześnie jego brak powoduje, że muzyka jest jeszcze bardziej archetypiczna, szorstka. I w tym punkcie dotykająca właśnie owego ludowego fenomenu. Pamiętajcie, że cały czas mówimy o hałaśliwym, gitarowym zgrzycie. Interesująca propozycja, choć jestem ciekawy, z której strony sceny atencja będzie najwyższa.cover

O tym, że ludowszczyzna inspiruje każdą stronę muzycznej alternatywy, wiadomo od dawna, tak samo – i tu troszkę w kontekście pierwszych słów wstępu – jak to, że szczególnie wdzięcznym tworzywem jest dla muzyków bawiących się elektronicznymi zabawkami. I taka jest właśnie druga nasza płyta, czyli Provintz Posen, za którą kryje się min. Michał Wiraszko, szef indie rockowych Much, który w ramach wyjaśnienia tłumaczy ideę płyty – To nie jest próba rekonstrukcji, to splot dwóch muzycznych autentyczności – tamtej i obecnej. W poszukiwaniu autentycznego 02_fot. Artur J�drzejakbrzmienia przejechaliśmy Wielkopolskę i odnaleźliśmy muzyków kultywujących tradycje muzyczne regionu sprzed wieku, żeby potem przy udziale samplerów i syntezatorów dodać to, co w muzyce elektronicznej obecnie najlepsze i co bliskie Poznaniowi z racji bliskości Berlina. Tak jak tradycyjny haft przywołuje skojarzenia z mandalami i motywami komórkowymi, tak wierzymy, że każda muzyka na świecie ma jedno źródło pochodzące z rytmu życia i energii planety. Upraszczając, na potrzeby projektu zgłębiono wielkopolską muzykę ludową, stworzono sample oparte na takich instrumentach jak kozły, mazanki czy klarnety. Zbudowana muzyka jest nowoczesna, pulsuje klubowym rytmem, jednocześnie bardzo wyraźnie, obsesyjnie wręcz odnosi się do ludowej tradycji, której na płycie nie trzeba się domyślać, bo od pierwszych dźwięków wszystko jest jasne. Nie jest to jednak dosłowność – muzyka została bardzo sprawnie skonstruowana, by utrzymać równowagę między syntetykiem a tym nasiąkniętym klimatem wilgotnej łąki, ludowym pulsem. Szczególnie pierwsza część płyty, ze wskazaniem na utwory takie jak „Walcerek” (ładne sample), nieco nostalgiczny „Oberek” i oczywiście przebojowe „Moje życie”, (z udziałem Jerzego Mazzola) najbardziej kojarzące się z Grzegorzem z Ciechowa, robi duże wrażenie. Reszta nie jest gorsza, choć może kładzie większy nacisk na klubową atmosferę, w czym przoduje house’owy „Okrągły” i ładnie łączący ludowe instrumenty z elektroniką kawałek „Strzały w mieście”. Wyróżniłbym jeszcze „Polkę”, która natrętnie kojarzy mi się z ostatnimi produkcjami Plaid. Idea ponownego odkrywania tradycji ludowej nie jest ani nowa ani oryginalna, tym trudniej wykrzesać z tej płaszczyzny porozumienia coś nowego. W zasadzie wygrywa Opla, bo Zemler i Bukowski stworzyli coś niewątpliwie oryginalnego, ale z kolei Provintz to przykład muzyki rozrywkowej w najlepszym tego słowa znaczeniu. Która płyta przetrwa? Tego nie wie nikt…

okładka_ aut. Rafał Wechterowicz

Arek Lerch