PHARMAKON – Bestial Burden (Sacred Bones)

Od jakiegoś czasu w głowie uporczywie siedzi mi jedna ze scen filmu „Pi” Darrena Aronofsky’ego – moment, w którym główny bohater, Max Cohen, wwierca się w swoją skroń za pomocą wiertarki, stojąc przed lustrem w swojej łazience. Sam charakter sceny jest cholernie paranoiczny, do tego podany w mocno oniryczny sposób. Wspominam ten obraz nie bez powodu, ponieważ od jakiegoś czasu częstuję swoje uszy najnowszym (choć zeszłorocznym) dziełem artystki, tworzącej pod szyldem Pharmakon, której płyta „Bestial Burden” wydaje się być idealnym soundtrackiem do opisanej wcześniej sceny.

Twórczość tego jednoosobowego projektu, oscylująca w granicach szeroko pojętej muzyki, tudzież antymuzyki, spod szyldu „power electronics” czy po prostu „noise”, stanowi niesamowicie dojrzałą i pozostawiającą na słuchaczu trwały ślad mieszankę dysonansu i transowego brudu, łączącego się z namacalnym wręcz nastrojem niepokoju, o którym jeszcze wspomnę. Nie uświadczymy tu przeogromnej ściany dźwięków, znanej chociażby z twórczości Merzbow, choć ciężarem i tytułowym bestialstwem nie ustępują owemu dziełu ani o krok. Już pierwsze odgłosy nerwowego oddechu w otwierającym całość „Vacuum”, aż po ostatni, przynoszący na myśl coś na wzór zakopywanego żywcem schizofrenika, w którym wokalistka wykrzykuje z uporem makabryczne „I don’t belong here!”. Wziąwszy pod uwagę fakt, iż płyta powstała wskutek traumatycznych przeżyć związanych z ingerencją chirurgiczną w ciało Margaret, wszystko staje się nieco jaśniejsze, choć nie mniej niepokojące. W warstwie tekstowej eksploruje ona bowiem obrazy w których ciało działa niezależnie w stosunku do rozumu i woli człowieka, co tylko skutecznie pogłębia niepewność i strach wydobywające się z każdego dźwięku oraz słowa. P band

Bardzo istotna jest dla mnie także spójność całego albumu – każdy utwór, choć różnią się one od siebie, współtworzy z całą resztą dzieło całościowe, które pochłaniam bez zastanowienia, choć sam nie wiem czy to dobrze o mnie świadczy. Panna Chardiet tworzy bowiem noise, który nie jest bezsensownym atakiem przesteru i szumu białego w najczystszej postaci; ma on raczej charakter hipnotyzujący, choć nie możemy odmówić mu sporej dawki dysonansu. Wszystko jednak podane jest w bardzo minimalistyczny sposób. Polecam ten album, zwłaszcza, iż pogoda za oknem nakazuje raczej pogrążyć się w stanie całkowitej apatii. Godne polecenia jest tu wszystko – od okładki, oddającej w stu procentach postulat „piękna w brzydocie”, po każdy dźwięk tworzący ten album. Macie czego się bać, dlatego od razu proponuję zaznajomić się z tym dziełem.

Kevin Nazencew

Sześć