PETER J. BIRCH – Inner Anxiety (Gusstaff Records)

Po zaskakująco długiej przerwie Mr Birch powrócił z nowym materiałem, który pokazuje korzenie – samego Piotra jak i wykonywanej przez niego muzyki. Stylistycznie nie zmieniło się w zasadzie nic, zmieniły się nieco okoliczności, ale te powodują dodatkowo, że nowa muzyka barda z Wołowa smakuje jeszcze lepiej.

Czasami trzeba wykonać krok w tył, żeby ruszyć do przodu – ta dewiza najlepiej opisuje strategię Piotra Brzezińskiego. Trzeba przyznać, że kariera tego pana jest imponująca. Setki koncertów, kilka płyt, uznanie branży. Okazuje się, że w niełatwej działeczce autorskiego songwritingu, samotny bard z gitarą może także nieco wygrać. Następuje jednak moment przesilenia – w przypadku Piotra miało to miejsce na poziomie płyty „The Shore Up In the Sky” – po niezliczonych koncertach pojawił się pełny skład, muzyka zgęstniała, przesuwając się w stronę alternatywnego rocka, wydawało się, że za rozmachem dźwiękowym pójdzie jak zwykle zmasowana promocja i… Piotr poczuł, że traci oddech, wycofał się i na dwa lata praktycznie zniknął z rynku. No, może nie do końca, bo w tym czasie nagrał jako perkusista płytę z zespołem Let The Boy Decide. W końcu natura wzięła górę i muzyk poczuł, że czas powrócić do swoich korzeni.Peter J. Birch promo 2 by Karolina Pędlowska (big)

„Inner Anxiety” to doskonały manifest zmian. Znowu mamy Petera samotnego, z gitarą, powrócił klasyczny klimat pierwszych piosenek, ale coś jeszcze – jest w tych nagraniach jakiś smutek, obdarta z optymizmu dojrzałość człowieka, który twardo stąpa po ziemi. Nie żebym chciał kreować Piotra na jakieś sumienie niezalu, ale słowa, które przekazuje są mądre, jest w nich kilka głębszych przemyśleń, na szczęście, bez moralizatorstwa, raczej z szorstką refleksją. Nade wszystko zaś jest w tych kilku prostych i minimalistycznie potraktowanych pieśniach jakaś prawda, pozwalająca mi dzisiaj wierzyć Piotrowi jeszcze bardziej. Swoje przeszedł, dużo widział i ma prawo mówić nam jak jest. Ok, najważniejsze są jednak dźwięki, a te, jak zwykle, są dogłębnie zakorzenione w Ameryce. Folk, blues, trochę country, balladowa spuścizna wielkich postaci amerykańskiej piosenki zaklętych w stosunkowo surowo brzmiących dźwiękach akustycznej gitary. Dodatki w postaci innych instrumentów, jakiś sampl czy rytm perkusyjny są tu jedynie delikatnym wykończeniem, nie burzącym ascetycznego wydźwięku całości. Jednak nawet jeśli słyszymy tu całą masę odniesień (do klasyków i nie tylko…), to Piotr potrafi znaleźć w tym swoje miejsce, przerobić na własny styl, dodając szczyptę tej naszej narodowej melancholii. I to wszystko powoduje, że „Inner Anxiety” słucha mi się chyba najlepiej z całego dorobku Petera J. Bircha. Czy mam jakieś uwagi – ok, tylko jedną: czekam, kiedy Piotr wreszcie się przełamie i nagra płytę w języku polskim.

Arek Lerch

Zdjęcie: Karolina Pędlowska

Pięć