PESTILENCE – Hadeon (Hammerheart Records)

Sferyczny obiekt z okładek Holendrów miast pędzić w nieznane, obiera kurs na odwiedzone wcześniej miejsca. Nie można wykluczyć, że osławiony konformizm frontmana grupy doszedł wreszcie do głosu, usłyszawszy wyraźne „kiedyś to panie był Pestilence”. Nie da się jednak wypędzić z Mameli’ego tylu kilogramów, żeby przypominał głodnego siebie sprzed niespełna trzech dekad. I jest jak jest.

Myślę, że choć „Hadeon” zawiera dawkę fajnego death metalu, to mało kogo będzie obchodziło, że Pestilence sięgnął tym razem nieco głębiej do swoich korzeni. Pewne jest, że starym fanom nigdy się nie dogodzi; dla nich Pestilence skończył się wraz z pierwszym dźwiękiem „Mind Reflections”, a teraz rozkłada się pod ciężarem ośmiostrunowych gitar i całego tego „korowego” zadęcia. Ich jeszcze bardziej drażnić będzie próba powrotu do korzeni, który według praw fizyki tego świata udać się nie może. Ci, co bardziej naiwni, i tak nie dostaną od „Hadeon” tyle death-thrashu, żeby uznać album za swój. Inni – realiści, których jeszcze obchodzi los Holendrów, podejdą do płyty z zaciekawieniem, żeby sprawdzić na linii czasu o ile wskazówka wychyla się w przeszłość. A ta sobie śmiga i po starym „Consuming Impulse” i po ociężałych łopatologiach nowoczesnego „Doctrine” i nic z tego nie wynika, bo choć zmiany są zauważalne i może nawet rewolucyjne na tle poprzednich, reaktywacyjnych albumów (szybsze tempa, wyższy strój gitar, bardziej rozbudowane partie solowe), to i tak efekt jest nijaki z uwagi na brak świeżości i oryginalności materiału. Gdzieniegdzie ucho wyłapuje próbę wyjścia poza dotychczasowy, death metalowy schemat („kosmiczny” pochód w „Astral Projection”, albo otwierający płytę, pozaparafialny „Unholy Transcript”), ale wszystko to przykrywa ciągła brutalność i polka galopka, która w XXI wieku chyba już na żadnym dorosłym nie robi wrażenia. Szkoda, że Jan Mameli gra to samo co Jaś Mameli, budując ostatnie płyty na dwóch, trzech patentach gitarowych (wysokie akcenty gitary z ponadczasowego „Presence of the Dead” albo jazzowo-voivodowe akordy z „Mind Reflections”). Klasa i unikalność „Consuming…”, „Testimony of the Ancients” i „Spheres” wynikała z unikalnych cech każdego z tych albumów i świetnych piosenek. Co ma nam do zaoferowania „Hadeon”? Miszmasz trzech powyższych płyt, który może i tworzyłby nową jakość dla zespołu, gdyby nie utopienie go w formie „Doctrine” czy „Obsideo”. Piosenki wcale nie stały się duże lepsze przez lekki odwrót od ociężałości i okraszenie w sumie takich samych riffów gitarowych śmiesznymi dzisiaj perkusyjnymi polkami. Przy grubo ciosanym, ale i przyjemnie bezlitosnym „Resurrection Macabre” „Hadeon” brzmi nawet nieco trywialnie. A może taki jest właśnie metal a ja tu wymagam fusion, djentu i innych anielskich wynalazków? Doprawdy, nie wiem jak dzisiaj powinien wyglądać death metal, żeby „było dobrze”.Band

Mimo to, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wszelkim własnym analizom, słucham tego „Hadeona” i mam z tego trochę przyjemności. I gdy jeszcze pomyślę, że starszy ja to ten sam co młodszy ja (tylko nieco starszy), to łaskawiej spoglądam na Mameli’ego jako faceta, który gra to, co grał (tylko się nieco przejadł). Praw fizyki pan nie zmienisz, chyba że nazywasz się Keith Richards.

Kuba Kolan

Trzy i pół