PESTE NOIRE – Peste Noire Split Peste Noire (Militant.Zone)

Zadaję sobie pytanie, czy aby rzetelnie recenzować Peste Noire jako twór opięty ideowo, należy zrozumieć teksty na płycie i wyjaśnić sobie, co tak naprawdę robi PN w przestrzeni publicznej? Być może już czas otworzyć oczy przymknięte na ekscesy słowne Famine i przestać zachwycać się wyłącznie muzyką. Czy kupując od ukraińskiego dystrybutora fizyczny nośnik, wspieram ludzi, których wizja świata jest niebezpieczna dla ładu, w którym spokojnie pędzę swój żywot?

Po byle jakim namyśle wybieram lenistwo intelektualne i dlatego dalej podcinam gałąź, na której siedzę. Bo już nie wiem lub nie chcę wiedzieć, czym jest pest noirowy głos troski o kraj, polityczno-kulturowy manifest ubrany w akcenty nacjonalizmu, dowiadując się, że nasz francuski chuligan trzyma teraz z ultranacjonalistycznymi anarchistami z Ukrainy (brzmi to jak oksymoron). Rozczarowany i skołowany, egoistyczny i bezmyślny, porzucam kontekst ideowy (ideologiczny?) i oceniam stronę muzyczną najnowszego dzieła Peste Noire. Nie moja to wina, że od dawna podkochuję się w ich muzyce. Taka to wrażliwość tkanek na rzewne, nostalgiczne melodie, na egzotyczną i jednocześnie bliską memu pochodzeniu przaśność unurzaną w blackmetalowej smole. Tym razem Peste Noire wymyślił sobie, że płyta zostanie podzielona na dwie części. Na pierwszej („Traditional”) doświadczamy solidnego black metalu przefiltrowanego przez ich obecny styl i cywilizowane brzmienie. Pojawia się nowa wersja „666 Milions D’Esclaves Et De Dechets” z demo „Macabre transcendance…”, która pokazuje jak długą drogę przeszedł ten zespół od zwykłej siekaniny do obecnego, oryginalnego i złożonego stylu. Jeżeli musiałbym do czegoś się przyczepić, to na mój gust, na tym etapie funkcjonowania zespołu, nieco zbyt wiele na albumie fascynacji wczesnym Burzum. Szkoda, że po świeżych dla zespołu chóralnych zaśpiewach w “Songe Viking” musi nastąpić przypomnienie, że jesteśmy na “tradycyjnej” stronie płyty. Ale i z takich sytuacji zespół potrafi wyjść obronną ręką, gdy pod koniec “Raid Eclair” pozwala sobie na wokalne szaleństwa, który wymykają się blackmetalowym schematom. Szcześliwie, na stronie „typowego” PN znajdziemy taki killer, jak otwierający album „Aux Armes”, który z jednej strony wpisuje się w znaną, pestnuarową estetykę, jednocześnie bardziej podkreślając mroczne, by nie rzec – epickie oblicze zespołu. Cieszy ucho, a martwi rozsądek kolejna wariacja na temat własnej twórczości w postaci „Interlude”, stanowiącego spowolniony fragment utworu “Le Diable Existe” z genialnego krążka “La Chaise-Dyable”.PN

Cześć płyty oznaczona jako „Degenerate” zawiera z kolei pieśni, które ludzie po internetach nazywają „trap music”. Mocny, wyraźny bit i posklejane dźwięki syntezatora wykrajającego te proste, apokaliptyczne melodie, stanowią – jak się okazuje, idealną przestrzeń dla wypluwającego tekst Famine i jego herezji. Ma to swój styl, klasę, momentami wielką dramaturgię („Aristocrasse”) podobną do tej wykreowanej przez Gnaw Their Tongues na „L’ Arrivée de la Terne Mort Triomphante”. Druga część albumu zaspokaja moje zapotrzebowanie na Peste Noire w wersji fresh (nawet jeśli przerabiają utwór z przedpotopowego „La Sanie des siècles…”), pierwszą zaś uznałbym za fajny dodatek do całości. Takie formalne rozbicie muzyki na płycie wywołuje u mnie chęć niepotrzebnego porządkowania myślenia o układzie albumu, ale jest nadzieja, że w przyszłości udźwignę intelektualnie to, iż jedność umownie może składać się z dwóch części. Koncepcja dwa w jednym udanie koresponduje z oprawą graficzną wydawnictwa, która może budzić – najdelikatniej rzecz ujmując – mieszane uczucia. Osobiście, z większym spokojem pooglądałbym wariacje na temat le coq gaulois niż białe, spiczaste czapki. Von trierowy „kamień w bucie” i czysto artystyczny zabieg w świetle prezentowanej przez lidera Peste Noire deklaracji w „Turbofascisme” – „Kocham moją rasę, kocham twoją rasę”? Po tym zdaniu padają jednak słowa o „rozcieńczaniu”… Może jednak należałoby odrobić lekcje?

Kuba Kolan

Cztery i pół