PESTE NOIRE – Peste Noire (La Mesnie Herlequin)

Czasami fajnie byłoby pokozaczyć jak La Sale Famine de Valfunde. Dzierżyć w dłoni kij baseballowy w leśnej scenerii bez poczucia niestosowności sytuacji, przynależeć duchowo do jakiejś zagranicznej wspólnoty (France d’ Oil), podpierać się twórczością Francois Villon’a i mieć swoje zdanie na temat dynamiki zmian na rynku porno. Skoro mi pozostaje dyrygentura łopatą w swoim ogródku, wroga opcja kaszubska i Leśmian, premiera nowego albumu Peste Noire to doskonała okazja, by na chwilę pożyć życiem takiego ekstremizującego „ktosia”.

Słucham sobie zatem tych okrzyków białego człowieka w szwedce z Kraju Koguta i myślę – „jak u babci za piecem”. Gdzie much i padłego robactwa w bród, melancholijne melodie i melodyjne melancholie przerywa burzumowy wrzask babci, bo msza w radio, bo za cicho. Gwara babci, choć nie tak odległa od mowy ludzi jeżdżących tramwajami, powoduje, że francuski język staje się dla osób nim nie władających elementem wybitnie wzmacniającym przekaz, jakikolwiek ten by nie był; babcia mówi „chiba” (tłum. prawdopodobnie) – my słyszymy „ci…a”. A za piecem, skoro ciepło, strunowce porozciągane, to nie stroi, to stuka. Piec w kuchni, to i głosy, i butelek brzęk, a tu sówka zawyje, a to ludkowie z polowania wejdą, w trąbę zadmą. O La Patrie rozprawiają przy jedynym odbiorniku we wsi. Znowu ojczyzna na pierwszym miejscu, czyli wszystko na właściwym miejscu, truchtając za mundrościami św. Augustyna.

Taki właśnie jest Peste Noire: przaśny i czarny, a właściwie na wskroś biały, swój. La Sale Famine de Valfunde na „Peste Noire” nadal zieje sarkazmem, wypruwając tępą gitarą flaki z brzuchów arystokracji. Tym razem jednak porzucił złożoność i wyszukane formy znane z „L’ordure a l’etat Pur” na rzecz prymitywizmu właściwemu jemu samemu z czasów „Folkfuck Folie”. Od niechcenia wyplata teraz te swoje melodyjki, plując w nas „walcie się”. La Sale wie, że nie umie śpiewać, ale śpiewa. La sale wie, że umie grać, ale udaje, że ta sztuka jest mu obca. To puści bąka, to coś sobie dopowie stęknięciem, miotając się pomiędzy satanizmem a nacjonalizmem. „La blonde” modelowo pokazuje rzeźnicki sposób komponowania, gdzie poćwiartowano kompozycję na część przyśpiewkowo-punkową i deathspellomegową. Akustyczne etiudy uciekają przed growlami opatrzonymi gitarowym riffem z końcówki refrenu „Epic” Faith No More, a proste wokalizy pani Sainte Audrey-Yolande oczyszczają piwniczną atmosferę z odoru szczochów i gnijących ziemniaków (najlepszy na płycie „La bęche et l’épée contre l’usurier”).

Moje osobiste emocje odnośnie postaci La Sale wyrażają się w dwóch słowach: podziw i niezrozumienie. Konsekwencja, bezkompromisowa postawa i niewątpliwy talent twórcy idą pod rękę z tekstami w stylu „Twój Samsung ostatnio płakał”, „małe zorra z getta” albo „Jestem świeża jak dziecko” (tłumaczenie własne).

„Peste Noire” poprzez właściwą dla zespołu przaśność i melancholijność jest moim powrotem do domu, którego wcześniej nie znałem jako własny dom. Może to wzmożone ostatnio poczucie upływu czasu, które nakazuje mi bardziej doceniać to co przeszłe, sprawia, że egzotyka patriotyzmu w wydaniu zagranicznym, średniowieczne ksywki muzyków i amatorskie brzmienie gitary La Sale przybliżają mnie do świeżości i wigoru minionych lat, gdy na początku nie było niczego, tylko towarzysz Lenin przechadzał się ulicami Moskwy, a rok później na gwiazdkę ’95 dostałem swój pierwszy wzmacniacz gitarowy i piątkę na półrocze z polskiego. Było ekstremalnie.

Kuba Kolan

 Pięć