PESTE NOIRE – La Chaise Dyable (La Mesnie Herlequin)

Recenzując dwa lata temu na łamach Violence Online ostatni album Peste Noire, wyrażałem podziw dla La Sale Famine de Valfunde, który jako wyborny instrumentalista i gość o wcale niemałym już rozgłosie pozostaje nadal wierny brudnej, paramilitarnej estetyce narodowej – czemuś, czego nie rozumiem i Thorgalowym wzorem unikam. Przez te dwa lata nic się nie zmieniło. La Sale nagrywa kolejną doskonałą płytę, a ja słucham, podziwiam i zazdroszczę.

Famine – spiritus movens francuskiego Peste Noire, jest dla mnie prawdziwym artystą. Bo taki artysta kpi z artyzmu i potrafi to jeszcze fajowo wycharczeć. Artysta robi to co chce robić. Artysta nie ma warsztatu, którego trzeba byłoby dorabiać się. Korzysta z niego, nalewając z pustego. Tak żyje Famine, jak wierzy. A może w nic nie wierzy i dlatego żyje jak bydło? Wśród kaczek i kur rozpoczyna refluksem swój dupny manifest. Swoją postawą „piję sobie wino” wydaje się być nieświadomy, że jest coś takiego jak artystyczna kreacja. Poruszający się po nizinach społecznych typ ze swoim nacjonalizmem, rewizjonizmem i pałą z gwoździem, tym różni się od skinheada, że jeśli tworzy a nie niszczy, to z rzewnością i smakiem. Biesiadnie, punk-metalowo i uroczyście, nasze uszy rani rzępoląca gitara, która błaga o nastrojenie. Polegając na wibracie, Famine wydobywa swoje rewolucjonistyczne chansons, które niosą pęk ściętych głów i chwytliwych, słodkich melodii. Po nieco zbyt rozczłonkowanym, wydanym dwa lata temu albumie Peste Noire, dzisiaj dostajemy krążek z utworami bardziej zwartymi. Szkice utworów ustąpiły pola kompozytorskiej konsekwencji, przez co łatwiej jest zatrzymać się i dłużej potaplać w tym hałasie. Tempa podkręcono, przypominając sobie, że Peste Noire nagrywał kiedyś płyty black metalowe. Jest też paskudna i śliczna zarazem Audrey Sylvain, której smutny głos przyjemnie łagodzi surowość muzyki i rzężenie Famine’a. Przede wszystkim jednak wyrażam radość z powodu zamieszczenia na regularnym albumie Francuzów piosenki „Dans ma nuit”, wydanej w ubiegłym roku na splicie „Rats des villes rats des champs” z Diapsiquir. Ten pijacko-epicki utwór to magnum opus Peste Noire. Melancholijny i pozornie chaotyczny, chwiejąc się, pogrąża ozdrowiałą na duchu francuską prowincję w chrapliwym śnie.

Bez fanfar, przy skromnej salwie samo zawiązanej partyzantki, Peste Noire trzaska kolejny doskonały album. Ale jak tu nagrywać złe płyty, gdy jest się ciągle tak samo nieźle popieprzonym, a odsieczy z Paryża na ratunek normalności nie widać. Excuse-moi, to Paryż potrzebuje ratunku.

Kuba Kolan

Pięć