PERIPHERY – Juggernaut: Omega (Sumerian Records)

Podczas gdy zeszłoroczna przystawka w postaci mini albumu „Clear” narobiła mi apetytu na nowoczesne, metalowe granie, tak dzisiaj do dania głównego – nowego, podwójnego albumu Periphery zasiadłem jakoś dziwnie objedzony. Co zdarzyło się w tak zwanym międzyczasie? Przecież nie podjadałem…

Periphery na wysokości drugiego albumu stali się wielcy, mierząc swoje gabaryty ilością postów na forach i odsłon filmików. Sławie przysłużyli się internauci reagujący alergicznie na zespoły „wyzwolone” z metalowych ram, pchające to co szanujemy w szpony popowej konwencji. Dzisiaj cel ataku jest łatwiejszy niż kiedykolwiek – dwupłytowy, djento-emo-popowy „Juggernaut” sam prosi się o klapsa, bacząc na powyższe określniki. Ponownie zanurzony w totalnej kompresji instrumentów, przeplataniec licealnego miauczenia i rasowego darcia mordy, jazzującego frazowania i Meshuggowego frezowania, pokazuje nam ile lat minęło od pięknych czasów gdy „facet z gitarą byłby dla mnie parą”. Dzisiaj trzeba dźwięk wywrócić, przekręcić, przewiercić, żeby zostać zauważonym (chyba że jest się Brytyjką z dobrym głosem i lekką nadwagą), a Periphery są w tym mistrzami.

Odnosząc się do wstępu – nie było żadnego „międzyczasu”. Coś, co uznałem za świetny aperitif, okazało się wszystkim czego potrzebowałem od tego zespołu, w tej stylistyce, w takim właśnie stężeniu. Większa przyswajalność „Clear”, czytelność, wyrazistość, a także (proporcjonalnie) mniejsza ilość młokosiego mydliniarstwa, mogą wynikać z długości ekspozycji na te dźwięki, nie zaś samej jakości utworów. Deicide swoim „Legion” i Yes na „Close To The Edge” udowodnili, że w 40 minut można opowiedzieć wszystko, nie rezygnując z niczego. Periphery i Williemu Fogowi sztuka ta zajęła 80 minut i 80 dni. Mamy więc dużo czasu i miejsca, żeby pokazać wszystkie sztuczki jakich dorobił się progresywny metal na przestrzeni ostatnich piętnastu lat, od Toola po Chimp Spanner. Ilość pomysłów, ich różnorodność i brawurowe łączenie zdają się mówić „nie ma dla nas rzeczy niewykonalnych”. W życiu jednak nie można mieć podobno wszystkiego. Periphery ma Spencera Sotelo. Pomijając, że tym razem melodyczne wybory tego wokalisty są tu nie tak oczywiście trafione, to taka dawka młodzieńczej egzaltacji w stylu Mayday Parade czy Paramore najzwyczajniej nadwyręża moje starzejące się ucho. Zjawisko to (jakoś szczególnie) nie bolało wcześniej – tamto wejście w rejony popowe było tak oczywiste i przebojowe, że jego głos przyjemnie „Pattonizował” muzykę, dodając jej lekkości i dystansu. Tu sprawy mają się poważniej, bo Periphery tworzy „The Wall 2015”.Band

Jest szansa, że przetrwamy te 80 minut muzyki przyszłości, ale pamiętajcie: „jeśli będziemy to tolerować, nasze dzieci będą następne”. Wielbiciele Fractal Axe FX i talentu Mishy Mansoor’a spędzą kolejne setki godzin analizując wszystkie jego patenty i patterny, a przeciwnicy – rasiści i dźwiękowi puryści, będą musieli odpowiednio na to zjawisko zareagować; i tym sposobem wszyscy skończą w paszczy internetowego szaleństwa. Jakiś Sutter Cane powinien w końcu wyłączyć to cholerstwo …albo uciszyć Spencera.

Kuba Kolan

Trzy i pół