PEACE – Happy People (Sony Music)

Nadal nazywają się jak jakiś zapomniany hippie band z końca lat 60 – tych, tytuł nowej płyty też w cholerę pretensjonalny, ale jest progres. Brytyjski kwartet konsekwentnie buduje swój wizerunek i pozostając w kręgu wyspiarskiego, dość klasycznego indie, potrafi stworzyć kilka niezłych kawałków. Jeśli jeszcze zapracuje na swój wizerunek paroma skandalikami, może ktoś napisze o nich jak o kolejnej sensacji z wysp. Czego im życzę.

W przypadku debiutanckiej płyty narzekałem na to, że materiał był zdecydowanie nierówny. Obok kilku ciekawych numerów znalazły się nijakie kompozycje, które psuły obraz całości. Na „Happy People” słychać, że grupa przemyślała parę spraw i przede wszystkim zadbała o większe zróżnicowanie materiału, zarówno pod względem kompozycyjnym jak i brzmieniowym. Bez zmian pozostała prostota i raczej niewyszukany styl, w jakim obraca się Peace. Trudno szukać tu znamion oryginalności; to po prostu brytyjski, rockowy zespół i nic poza tym. Choć z drugiej strony – czy każdy wykonawca musi wymyślać proch?

Na nowej płycie konsolidacji uległy przede wszystkim aranżacje. Utwory są zwarte, dobrze przewietrzone a zastosowanie nieco surowych brzmień instrumentów spowodowało, że muzyka nabrała wyrazistości i lekko garażowego charakteru. Choć jest to oczywiście „garaż” wykoncypowany i dopieszczony pod każdym względem. Wspomniałem, że tym razem udało się stworzyć bardziej wyraziste utwory? Fakt, choć i tu znalazły się rzeczy lekko nudnawe (nijaki „Perfect Skin”) albo przeflancowany z zupełnie innej, amerykańskiej bajki niby funk „World Pleasure”. Reszta trzyma poziom i mile zaskakuje. Zespół potrafi być pogodny i dojrzały, jak w otwierającym beatlesowskim „O You”. Na uwagę zasługują świetnie rozegrane aranżacje gitarowe (zaraźliwie wesoły „Gen Strange” z niezłym, wpadającym w ucho refrenem). Jest solidny, choć raczej drugoligowy indie („Money”), a kiedy trzeba grupa potrafi porządnie hałasować w „I’m A Girl”. Co jeszcze? Zaskoczenia. Np. „Lost on Me”, który brzmi jak Editors z zajebistym uśmiechem na twarzy (wiem, trudno to sobie wyobrazić…). Przyjemna jest niezbyt oryginalna, surfowa balladka „Under the Moon”, ale zespół udowadnia też, że potrafi wymyślać piekielnie nośne tematy – tytułowy kawałek, nawiązując do najlepszej tradycji rave, za sprawą fenomenalnych harmonii gitarowych ma szansę stać się nielichym przebojem. Szkoda, że aż tak genialnych numerów nie ma tu więcej.Peace Band

Peace zrobili krok do przodu, wyrównali poziom, tworząc sobie bazę do czegoś więcej. Czego? W zasadzie brakuje w tym wszystkim jakiegoś, choćby delikatnego powiewu oryginalności i szczypty arogancji. Jest świeżość, fajny puls, jedynie grupa cały czas nie może (nie chce?) wydostać się poza sprawdzone schematy. Ale na to przyjdzie czas na kolejnym krążku, mam szczerą nadzieję…

Arek Lerch 

Cztery