PAULINA PRZYBYSZ – Odwilż (Kayax)

Jakie jest najbardziej zeszmacone słowo, pokutujące w muzycznej branży? Szczerość. Szczerość w naszym klubie to norma, gadał bohater „Misia” i już wiadomo, że nic tak nie ośmiesza krajowego artysty, niż stwierdzenie, że w swoich działaniach jest, no właśnie… Bo każdy chce za takiego uchodzić, tyle, że większości się to na pewnym etapie nie udaje. Jednym z wyjątków jest Paulina Przybysz, której jakoś dziwnie jestem w stanie uwierzyć.

Nowa płyta, nieco łagodniejsza od „Chodź tu” jest przykładem, że największą wartością twórcy nie jest technika, mądrości wszelakie, wykształcenie czy dobre znajomości. Najważniejszy jest całkowity brak napinki, wypięcie się na oczekiwania i życie w zgodzie z własnymi – nawet najdziwniejszymi – pomysłami.  I ten niełatwy, choć może dla niektórych dziwaczny ideał spełnia Paulina. Oczywiście, można powiedzieć, że skoro ma się zaplecze w postaci świetnego głosu, zdobytą jeszcze za czasów Sistars popularność, łatwo jest siedzieć pod drzewem i śpiewać o rzeczach czasami niewygodnych a czasami dziwnych. Łatwo grać pogodzoną z życiem i z naturą wegetariankę, wegankę, rzeczniczkę kobiet itp. itd. Łatwo się o tym pisze, ale życie w zgodzie z samym sobą może być czasami bardzo trudne, szczególnie, jeśli ten sposób na własny świat trzeba połączyć z trzymaniem jednej nogi w najbardziej pokręconym i – no właśnie – zeszmaconym biznesie pod słońcem. Jak Paulina tego dokonuje? Przede wszystkim, żyje i działa na własnych warunkach, wsłuchując się we własne potrzeby, dlatego w zależności od stanu emocji, gra świetne indie jako Rita Pax, zmienia się w raperkę na „Chodź tu”, by wreszcie na nowej płycie pokazać, że pop może mieć bardzo dużo odcieni. Poza tym, słowa, słowa – jest w nich coś co od razu przykuwa uwagę. Nie analizuje się ich znaczenia a raczej poddaje pewnemu klimatowi. I tu przyznam, że mam opory przed wchodzeniem w ten świat, więcej, zastanawiam się czy aby facet powinien się na ten temat wypowiadać. unnamed

Tematyka płyty jest bardzo różna – Paulina dziwi się życiu, jest bezradna wobec kultowości pewnych zjawisk, wreszcie chce się bronić przeciwko grze pozorów, która staje się naszą codziennością („Wszystko”). Doskonale wypada „Minimalizm” z krytyką ludzkiego przywiązania do przedmiotów. Jest oczywiście cała masa feministycznych opiłków, trochę szczerej zmysłowości, jednak nie byłoby to wszystko tak sugestywne, gdyby nie doskonała, momentami oryginalna mikstura brzmień. Przyznam, że chyba jest to najlepszy miks, jaki można sobie wyobrazić. Celem jest pop, nowoczesny, miejscami klubowy, czasami ciut odjechany, ale zawsze zagrany z czujem i pomysłem. Paulina ma nosa do współpracowników, wie, że rytm to życie (dlatego pojawia się tu świetna jak zwykle i diabelsko punktualna Wiktoria Jakubowska), wie, że mamy XXI wiek i elektronika musi stanąć na wysokości zadania. Nie zapomina też o soulu i r’n’b. No i skacze sobie po różnych kwiatkach. Bo jest i reggae w „Ona i ja”, tańczymy sobie w „Procedurach”, kiedy trzeba pojawia się bojowy hip-hop (gościnnie Ryfa Ri w „XX”), czasami mam też wrażenie, że potrafi Paulina subtelnie ustąpić miejsca gościowi i tak brzmi wspomniany „Minimalizm” z udziałem Vito – od razu robi się cholernie bitaminowo. Jest też soulowa „Młodość”, klimat sąsiaduje z mocniejszym uderzeniem. No i muzycy z różnych stron sceny, którzy dbają o to, że całość nie rozsypywała się mimo stylistycznego misz-maszu. W zasadzie człowiek dziwi się jak to możliwe, że ten paczłork trzyma się kupy. Taka jest właśnie Paulina. Nieobliczalna  i kobieco kapryśna. No i – o czym była już mowa – szczera. To po prostu ważna artystka, której trzeba posłuchać, tupnąć nogą i się zastanowić. Może wyciągniemy z tej płyty coś więcej niż kilka fajnych harmonii.

Arek Lerch    
 
Zdjęcie: Marta Surovy

Pięć