PATHFINDER – Solstice

Gdyby nie australijski i amerykański, płaczliwy (screamo) hardcore, pewnie nie cieszyłbym uszu całą nową falą brytyjskich zespołów. Dziękować Break Even, La Dispute i Touche Amore za wpływ na to, co gra się na Wyspach, gdyż każda, kolejna kapela parająca się podobnym graniem, jest zaskakująco dobra, choć, przyznam, że w całej mojej wielkiej aprobacie dla takiego łojenia i eksploracji nurtu, powoli odczuwam brak oryginalności i pomysłu na to, aby ubrać te dźwięki.

Nie zmienia to jednak faktu, że niezależnie od tego, czy band X gra nieco bardziej post-rockowo, czy ciężko niczym Heights lub Echoes, łykam takie granie bez popity, a ep-ki takie jak „Solstice” są balsamem dla moich uszu. Cztery premierowe kompozycje Pathfinder (nie mylić z polskim, power metalowym zespołem) to dość prosty, ale łapiący za serducho hardcore utrzymany w średnich tempach, okazyjnie przyśpieszający w celu wzmocnienia (jakkolwiek by to nie zabrzmiało: romantycznego) przekazu.

Łatwo wpadające w ucho melodie, umiarkowany ciężar i charakterystyczne dla gatunku riffy oraz silny rytm to największa zaleta EP. Przyznam wręcz, że jest to materiał godny pozazdroszczenia, bo jak na takie granie, poziom jest naprawdę wysoki. Niestety, Pathfinder ma jedną, zasadniczą wadę. Wokalistę, który choć stara się, próbuje wykrzyczeć z siebie wszystkie możliwe emocje, trochę nie pasuje do zespołu. Już prędzej widziałbym go w czymś pokroju Life & Limb, nowego zespołu ex-wokalisty Heights, ale tylko pod warunkiem, że nie będzie próbował drzeć się w wyższych rejestrach. Tak się jednak nie stanie, dlatego „Solstice” otrzymuje niższą notę niż wcześniej przewidywana.

Grzegorz „Chain” Pindor

Dwa i pół