PARQUET COURTS – Human Performance (Rough Trade/Sonic Records)

Zacząłem kwestionować moje człowieczeństwo. Nie wiem, czy to było szczere, tak jak mi się wydawało, czy tylko na potrzeby występu, ale poczułem się jak – w jakimś stopniu – wadliwy przyrząd. Jak maszyna zaprogramowana by udawać człowieka wykazującego objawy uszkodzenia” – tak Andrew Savage z Parquet Coutrs próbuje przybliżyć kulisy powstania najnowszego dzieła swojego zespołu. Coś z tego rozumiecie? Ok, ja też nie, zatem wiadomo, że mamy do czynienia z kolejną, piątą już płytą nowojorskich, lekko odchylonych od normy rockmanów.

„Proces nagraniowy “Human Performance” był dla mnie dość niewygodną konfrontacją z moimi emocjami” – wyznaje z ekshibicjonistyczną szczerością Andrew. I w takim klimacie należy podejść do nagrań. Które w pierwszym kontakcie… zaskakują wręcz zbytnią “normalnością”. Ot, kilka piosenek. Problem w tym, że im bardziej zaczynamy się wgłębiać w lekko schizofreniczny świat Parquet Courts, poznawać szczegóły, zaczyna do nas docierać, że z tymi pieśniami jest coś nie tak.Parquet Courts

W zasadzie mamy do czynienia z czymś w rodzaju dziennika opisującego psychiczne stany autorów tego dzieła. Jeśli kogoś interesują emocje, których twórcy „Human Performance” jeszcze nie dali rady zgłębić, może próbować zrozumieć życie alternatywnego nowojorczyka, choć mam wrażenie, że lepiej skupić się na samej muzyce. Co jest z nią nie tak? Brzmi staro, jak gdyby muzycy koniecznie chcieli przenieść się do lat 80, reanimując archetypiczny indie (przebojowy „Berlin Got Blurry” czy najlepszy na płycie numer tytułowy). Kłaniają się nisko The Velvet Underground („One Man No City”). Flirtują z proto punkiem („Two Dead Cops” czy „Paraphrased” z wokalnymi wjazdami w stylu Biafry) i nową falą (oparty na mechanicznie powtarzanych frazach „I Was Just Here”) czy wreszcie sięgają do dość wyraźnej inspiracji, jaką była płyta „New York” Lou Reeda („Steady On My Mind”, choć w zasadzie duch Lou unosi się nad całym albumem…). A między tym jest tu sporo rockowego rozgardiaszu, luźnego grania, opartego o proste rozwiązania, eksponujące „starodawne” bicia gitar w tradycji garage rocka. Powstają w ten sposób piosenki – niepiosenki. Przykuwają uwagę, ale drażnią. Momentami są melodyjne i w jakimś sensie wyrafinowane (np. „Captive of the Sun”), ale w gruncie rzeczy bardzo zgrzytliwe, balansujące na granicy fałszu. Może po prostu taki jest właśnie współczesny, klubowy, nowojorski niezal?

Zapewne najlepszym podsumowaniem będą tu słowa Austina Browna, obok Andrew najważniejszego gościa w zespole – „Jest na tej płycie wiele mroku i generalnie bije z niej udręka. Ale na koniec pojawia się rodzaj spokoju, akceptacja faktu, że niewiele można z tym zrobić”…

Arek Lerch

Cztery i pół