ORIGIN – Unparalleled Universe (Agonia)

Nie zastanawialiście się czasami, jakie myśli zajmują umysły brutal-deathmetalowców? Jeśli ich muzyka jest intensywna aż do załamania cienkiej granicy między agresją a groteską, to chyba muszą być niezwykli. No, wstaje taki jegomość z rana i duma nad cudami w postaci klęsk żywiołowych, morderstw czy gwałtów. W przypadku Origin do tego zestawu doszedłby kosmos, gdyż – jak sami mawiają: “Hail Space”. Na szczęście, Origin z całej tej przejaskrawionej, brutalnej czeredy wyróżnia umiejętność pisania dobrych hitów. Tak, pod gęstwiną tych szaleńczych solówek i blastów można znaleźć patenty świetne do miarowego tupania nogą. Pytanie brzmi więc: czy na “Unparalleled Universe” Amerykanie znowu dostarczyli słuchaczowi brutalny death metal najwyższych lotów?

Zanim odpowiem, przeanalizujmy sytuację w obozie Origin na przestrzeni kilku ostatnich lat. Poprzedniczka albumu, o którym ten tekst – “Omnipresent” – to wciąż Origin, ale ukazany z zupełnie innej strony. Oszczędniejszy, bliższy klasycznemu w wymowie death metalowi, momentami nieomal grindowy i wręcz przebojowy. Można było odnieść wrażenie, że panowie zmęczyli się staccatami, arpeggiami i innymi instrumentalnymi ekwilibrystykami. A może zwyczajnie potrzebowali chwili oddechu? W każdym razie “Unparalleled Universe” nie kontynuuje drogi obranej na “Omnipresent”. Wręcz przeciwnie: to powrót do typowego Origin z całą okazałością zaprezentowaną na “Aftermath” chociażby. W konsekwencji ów powrót równa się z brakiem zmian w muzyce zespołu. Jednak podmiot tej recenzji ma to do siebie, że sprawne operowanie kilkoma środkami w zupełności wystarczy, by na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech. I tak jest teraz: Origin sieka, mieli, szatkuje, kroi i upycha w maszynkę do mielenia mięsa. Są więc obłąkańczo rozpędzone riffy do spółki z partiami solowymi, lawina blast-beatów, basowe pochody w niepojętych prędkościach i wokalne sploty bulgotu z groteskowym skrzekiem. Za tymi pierwszymi ekipa Johna Longstretha chyba wyjątkowo się stęskniła, skoro już otwierający “Infinitestimal to the Infinite” bez ostrzeżenia uderza oszalałą solówką. Albo “Truthslayer” który przez ułamek sekundy daje nadzieję na walec drogowy w żółwim tempie, by po chwili rozszarpać zmylonego słuchacza na strzępy.Origin

Osobiście, podoba mi się to bardzo, bo muzyka Origin to żadne tam półśrodki. Ten brutalny sznyt kompozycji albo się kocha, albo nienawidzi. Można by jednak pomyśleć, że album zrobiony w stylu podobnym do paru poprzedników nie może na dłuższą metę przyciągnąć. Bo Origin z całym dobrodziejstwem inwentarza, obok skrajnych emocji, może zwyczajnie niektórych słuchaczy wynudzić. Oczywiście, ta mechaniczna precyzja i do bólu intensywne numery to nie filiżanka herbaty dla każdego. W końcu Origin to kapela, której szalikowcami mogą być jedynie szalikowcy metalu śmierci. Nikt więcej. Nie, żebym się tym przejmował, bo jeden lubi ogórki, a drugi ogrodnika córki.

Odpowiadając na pytanie, które sam sobie zadałem we wstępie: Origin znowu dostarczył brutal death metal najwyższych lotów. Bezkompromisową, opętańczą jatkę bez jeńców i łaski. Aż chce człowiek zakrzyknąć: “Only Death is real!”.

Łukasz Brzozowski

Cztery i pół