ORBWEAVER – Strange Transmissions From The Neuralnomicon (wyd.zespołu/Primitive Violence Records)

Któregoś dnia może się okazać, że twoje doskonale do tej pory uporządkowane życie zaczyna się przeobrażać w ciąg dziwnych zdarzeń, których wytłumaczenie zdecydowanie przekracza możliwości obliczeniowe galaretowatej masy ukrytej pod twoją czaszką. Możesz się znaleźć w innej części świata, lub za kierownicą dużego samochodu, jak czujnie śpiewał swego czasu David Byrne. I tak jak on, możesz zadać sobie pytanie, skąd się tutaj wziąłem? Idąc krok dalej, możesz zastanowić się, czy stało się to za sprawą przeznaczenia, urazu głowy, czy może działania sił, o których istnieniu wolałbyś nie wiedzieć? Na dwoje babka wróżyła.

Mógłbym w tym momencie przeprowadzić analizę ciągu wypadków, które doprowadziły do tego, że piszę teraz recenzję debiutanckiej ep-ki amerykańskiego Orbweaver na potrzeby magazynu Violence, ale podejrzewam, że o wiele ciekawszą dla czytelnika będzie próba przybliżenia twórczości wspomnianego zespołu. Otóż, drogi czytelniku (lub czytelniczko, nie dyskryminujmy zaocznie), Orbweaver pochodzi z Miami i stoi za nim nie kto inny jak Randy Piro, znany z gry w Hate Eternal i na doskonałej pierwszej płycie Gigan, którą kojarzy zapewne trzech czytelników Violence (a jednym z nich jestem ja). Wyznacznikiem w tym przypadku będzie ta druga nazwa, bo choć punktem wyjścia dla twórczości Orbweaver jest niewątpliwie death metal, to niewiele ma on wspólnego z precyzyjną kanonadą serwowaną przez ekipę Erika Rutana. Co prawda ani pociągu do tworzenia kanonady, ani sprawności w obsługiwaniu instrumentów muzykom Orbweaver odmówić nie sposób, ale same kompozycje przez nich generowane świadczą raczej o bardzo rozwiniętej wyobraźni lub nadużywaniu nie do końca legalnych substancji, a najprawdopodobniej o jednym i drugim. Padające tu i ówdzie określenie „psychodeliczny death metal” wcale nie jest takie głupie i karkołomne jak mogłoby się wydawać. Tym bardziej, że tworząc swoje muzyczne łamańce Amerykanie ani przez chwilę nie wpadają w pułapkę dźwiękowej matematyki i tylko momentami, tylko od czasu do czasu, poddają się prawom logiki. Wystarczy rzut okiem na okładkę „Strange Transmissions From The Neuralnomicon”, by wiedzieć z jakiego rodzaju skrzywieniem psychicznym mamy tutaj do czynienia. Co więcej, przy całym swoim zdziwaczeniu, muzyka ta jest jak najbardziej „słuchalna” i do tego doskonale wyprodukowana, tzn. z adekwatnym do obranego stylu, analogowym brzmieniem. I trudno jednoznacznie stwierdzić, czy większy wpływ na nią miał Trey Azagthoth, Frank Zappa, czy jakieś inne stworzenie, o którym nie śniło się biologom.

Za sprawą niezrozumiałej sekwencji zdarzeń znalazłem się więc w punkcie życia, w którym jednym z moich zajęć jest pisanie recenzji dla magazynu Violence. I tu należałoby sobie zadać pytanie, czy głównym sensem tej czynności jest wygłaszanie swoich przemyśleń na każdy temat, w naiwnym przekonaniu, że opinia numer 14563 ma jakieś znaczenie dla losów świata, czy jakiejkolwiek osoby nie będącej tej opinii autorem? A może jest nim wygrzebywanie z najgłębszych czeluści kosmosu wynalazków pokroju Orbweaver i dzielenie się nimi z tą częścią grona czytelników, która nie przeskakuje nagłówek dalej na widok nieznanej nazwy? W swojej nieuleczalnej naiwności skłaniam się raczej ku tej drugiej opcji, ku uciesze kolorowych potworów przesyłających nam swoje dziwaczne transmisje.

Michał Spryszak

Pięć i pół