ORANGE THE JUICE – The Messiah Is Back

Na początku września mijającego roku miała miejsce premiera drugiej płyty niezwykłego tworu o nazwie Orange The Juice. Sporo czasu minęło, a ja ciągle nie wiem do końca w jaki sposób ustosunkować się do następczyni wydanej w 2008 „You Name It”. Pamiętam doskonale szok, jaki wywołała tamta płyta. I chciałbym żeby takie same uczucia towarzyszyły mi podczas lektury Mesjasza. Niestety.

Miał być strzał w ryj, miało być wspaniale, na łopatki itp; wszystko potęgowane dmuchanym balonem promocji, zapewniającym, że to już, że prawie, że w zasadzie za chwileczkę, za momencik… Kiedy więc płyta w końcu trafiła w moje ręce, spociłem się – piękne wydanie, stylowa piramidka, w środku coś na kształt zaproszenia weselnego, cukierki – poczułem się zupełnie wyjątkowo, niczym ów reklamowy wnuczek. Niestety – i piszę to z niekłamanym żalem – wybuchu nie uświadczyłem. Nie było błysku supernovej, nie było niedowierzania. A pamiętam co działo się, kiedy usłyszałem pierwszy raz Blast Muzungu, takich hardcore’owych protoplastów Orange The Juice. To były emocje, było „k… to niemożliwe?!”. A może po prostu wtedy byłem młodszy i bardziej spragniony czegoś co mną porządnie trząchnie…Fot by Dawid Parus_OrangeTheJuice_02

I tu małe wyjaśnienie – muzycy tworzący Orange The Juice, to klasa sama w sobie, specjaliści w swoim fachu, błyskotliwi wirtuozi. Tacy, co zagrają wszystko i wszędzie. Od orkiestry, przez jazzowy pub, na death metalowym koncercie skończywszy. Być może to kolejny dylemat, bo czasami lepszy jest pomysł, idea, niż sprawne przebieranie paluchami. Dla Orange pomysł w pewnym sensie pozostał ten sam – ekstremalne mieszanie stylistyk, brawurowe łączenie różnych, muzycznych światów. Ok, ale to już przecież było. Może dlatego najlepsze momenty płyty to te, gdzie zespół nie zszywa paranoicznie przeczących sobie pomysłów. Np. przydymiony jazz w „Report”. Kiedy wszystko pięknie płynie, bez nerwu. Problem w tym, że kiedy chcę jazzu, wolę posłuchać np. całej płyty Tomasza Stańko a kiedy mam ochotę na death, biorę się za… Death. Zaś te numery, które brzmią jak naszprycowane amfą czy innym dopalaczem (chociażby „Blame” czy „Summer Sea”) nie wnoszą w moim odczuciu do wizerunku zespołu niczego nowego, poza kolejnym stwierdzeniem, że „grać to oni potrafią”, że doszlifowali brzmienie, tworząc dzieło gładkie i dopracowane w każdej sekundzie. To przecież oczywiste. Słucham płyty po raz nie wiem, który i nie potrafię do końca złapać konceptu – czy to zespół, który chce zdobyć uznanie za sprawą karkołomnych popisów, czy też nieźle wysportowany klaun, który chce kupić „poważną” publiczność? Tak czy inaczej, pozostaje zabawa, ale ta była już na „You Name It”, teraz zaś oczekiwałbym czegoś ponad rozwinięcie pomysłów ciekawych, ale przecież już znanych.

Historia z „The Messiah Is Back” to typowy przykład przerostu oczekiwań, złego miejsca i czasu. W pewnym sensie powinno to muzykom pochlebiać, bo faktycznie należą do elitarnego grona, jednak wydaje mi się, że ich wspólne dzieło poszło po prostu w złym kierunku. Może jednak trzeba było zarzucić długotrwały proces twórczy, zamknąć się w jakiejś chałupie i w kilka dni nagrać płytę, zdając się na efekt chwili? Coś za dużo tych znaków zapytania; być może za miesiąc albo rok spojrzę na „The Messiah Is Back” z zupełnie innej perspektywy…

Arek Lerch

Fot. Dawid Parus