OD POZERA DO HIPSTERA – odc. I

Już od jakiegoś czasu kołacze mi głowie idea oddzielenia recenzji płyt wybitnie nie – rockowych od hałaśliwej reszty. Zauważając niesmak niektórych czytelników, czy też po prostu dysonans ustawiania obok siebie wypocin Cannibal Corpse i chociażby FKA Twigs, postanowiłem w oddzielnej rubryce wyżywać się i pokazywać inne oblicze… może nie hałasu, ale dźwięku. Spokojniejszego, niekoniecznie gitarowego. Czy to dobry pomysł, może tylko pojedyncze recenzje, czy cały, nowy dział, okaże się za czas jakiś, a na pożegnanie roku kilka słów o płytach Deana Blunta, Philipa Selway’a i Caribou.

DEAN BLUNT Black Metal (Rough Trade/Sonic) Zdjęcie tego pana sugeruje, że wchodzimy w kolejny, niezwykle frapujący etap pt. „rap czy inny hip-hop”. Zdenerwowanych uspokajam – szczekania na pewno na naszym portalu nie będzie, za to black metal jak najbardziej. Szczególnie w takim wydaniu, jakie prezentuje Dean Blunt. Opisanie w jednym zdaniu, co też znajdujemy na płycie pod tym wielce intrygującym tytDean Blunt Black metalułem, jest  banalnie łatwe – na niniejszym krążku nie ma ani grama black metalu, choć niewątpliwie dominuje raczej mroczny klimat.

Dean Blunt kojarzony jest głównie z ciekawymi pomysłami na cięcie sampli, choć na dobry początek zaskakuje piosenkami zupełnie z innej bajki – niemal rockowo-psychodeliczny klimat „Lush” i „50 Cent” mogą ciutkę zmylić. Mamy trochę flirtu z shoegaze, najwięcej w „100” i ciemnym „Hush”, jednak im bardziej w las, tym mniej oczywiste rzeczy słyszymy. Bo jest i świetnie zaaranżowany ambient w „X”, pancerny, trip-hopowy „Heavy”, gdzie zbliża się do klimatu znanego z wczesnych płyt Tricky’ego czy dubowe „Punk” oraz „Mersh”. Mistrzostwo samplingu pokazuje za to w „Country”, gdzie mamy już całą symfonię zgrzytów i ścierających się, świetnie pociętych brzmień niewiadomego pochodzenia. Trudno to wszystko ogarnąć, bo i Dean skacze po stylistykach, z każdej biorąc coś dla siebie i tworząc obraz, którego wspólnym mianownikiem jest, no właśnie – owa tytułowa i okładkowa czerń, mrok, który trzyma wszystko do kupy. Dodatkowo mistrz nie boi się sięgać do dźwięków cokolwiek zaskakujących – tu usłyszymy dęciak, tam organy, gdzieś dubstepową głębię, poutykane w zakamarkach poszczególnych utworów. A nad muzyką snuje się mamroczący, upalony głos szefa, świetnie korespondujący z zamyślonym jakby stojącym w miejscu „vibem” płyty. Jeśli ktoś szuka alternatywy, która nie bazuje na żywym a tym bardziej tradycyjnym instrumentarium, może się tu odnaleźć, choć jest to lot zdecydowanie inny od dużej części prezentowanych na Violence płyt. Kto jednak powiedział, że black metal musi oznaczać… black metal?

PHILIP SELWAY  Weatherhouse (Bella Union)  Tak to już jest, że kiedy macierzysty zespół łapie zadyszkę, eksplodują talenta poszczególnych członków jego. Nikt nie zaprzeczy, że WeatherhouseRadiohead po latach tłustych i płodnych wpadł w jakąś twórczą pieczarę. Ostatnia produkcja „The King of Limbs” nie zachwyciła i nie wywróciła świata do góry. Jeśli już ktoś ma ochotę, wraca do „OK Computer” czy „Amnesiac”. Za to w muzykach składu soki buzują w najlepsze. Jesienią Tom Yorke pochwalił się „Tomorrows Modern Boxes”, teraz pan siedzący z tyłu, czyli pałker Philip Selway dzieli się z nami swoimi pomysłami. Płyta „Weatherhouse” to produkt w sam raz na zimę, do wzdychania i delektowania się z kubkiem kawy w łapie. Dominują dźwięki spokojne, melanżowe, senne i zdecydowanie melancholijnie nastawiające do życia. Na szczęście, Philip nie na darmo wspiera bębnieniem Radiohead. Ma chłop głowę na karku, dlatego te pozornie smęciarskie nuty podał w ciekawy sposób. A to uraczy świetną melodią („Coming Up for Air”), to zaintryguje transowym „Around Again”, który cieszy znakomitymi, głębokimi brzmieniami warstwy rytmicznej czy podrażni mruczącym trip-hopem („Miles Away”). Żeby było wiadomo skąd pan pochodzi, mamy też wyraźny ukłon w stronę Radiohead (akustyczny „Ghosts”) a także świetny „It Will End in Tears”, za sprawą pianina kłaniający się bardzo głęboko The Beatles. I w zasadzie na tym numerze płyta mogłaby się dla mnie skończyć, bo reszta („Don’t Go Now”, „Drawn to the Light” czy „Waiting for a Sign”) to ballady, ballady i jeszcze raz ballady. Spokojnie, ze smakiem wykonane, zaaranżowane w dystyngowany sposób – słychać, że gość nie chce i nie musi nikomu niczego udowadniać. Po prostu nagrał sobie muzyczkę, która kołatała mu w duszy, bez oglądania się na muzyczny biznes. Zbliżają się święta, powinniśmy przystopować a „Weatherhouse” pomoże nam całkiem przyjemnie się wynuuuudzić…

CARIBOU Our Love (City Slang/Sonic)  A teraz dla odmiany, zupełnie rezygnujemy z gitar. Dość bębnów, basów i hałasu. Okazuje się, że elektronika może być całkiem przyjemnie zakręcona i zastąpić brodatych i spoconych muzykantów. Witamy zatem Dana Snaith’a, który trzeci raz pod szyldem Caribou preparuje elektronicznego Frankensteina. Chociaż muzyka zCaribou płyty „Our Love” nie jest aż tak przerażająca, to faktycznie składa się ze świetnie spreparowanych skrawków popkulturowego dywanika w bardzo różnych kolorach; być może dobrym odniesieniem będzie okładka. Przyznam, że do czysto elektronicznych produkcji zawsze podchodziłem z dystansem, jednak w tym przypadku słychać, że to człowiek odpowiada za aranże a nie komputerowy program. Dan trzyma elektroniczną dziatwę i sample mocno za twarz, układając z nich przemyślany, dojrzały obrazek. Rzecz jasna, są tu momenty, które nie do końca mi leżą (z naciskiem na house’owy „Second Chance”), czasami aż się prosi wjazd cięższego bitu, ale jako całość jest „Our Love” urocza. Najfajniejsze fragmenty? Przestrzenne i skrajnie popowe (w pozytywnym znaczeniu) otwieracze czyli lekko shoegaze’owy „Can’t Do Without You” i „Silver”. Znakomity jest też dobór sampli w utworze tytułowym. Z kolei melodyka „All I Ever End” kusi skłonnościami do „depeszowania”. Jednocześnie wszystko zagrane jest z nerwem i dbałością o aranżacje. Nawet jeśli nie lubi się instrumentów przyciskanych i komputerów, trzeba docenić kunszt kanadyjskiego muzyka (tak, jak najbardziej na takie określenie Dan zasługuje). Zresztą, Caribou odkryli już więksi ode mnie, chociażby Radiohead, który zaprosił Dana na wspólną trasę koncertową. Cóż więcej dodawać? Plastik żyje i ma się dobrze.

Arek Lerch