OCEAN – Wojna Świń (Ocean Management)

Wrocławski Ocean po raz piąty zawitał pod strzechy wszystkich spragnionych rockowej psychodelii. Tym razem trzeba być jednak przygotowanym na niesamowicie mocne uderzenie. Wszystko za sprawą brzmienia, które z jednej strony dopracowane przez speców zza wielkiej wody, z drugiej wygenerowane za sprawą analogowego sprzętu, urywa głowę. Muzycznie – bez większych zmian.

Ta ostatnia uwaga może być odebrana jako lekki przytyk, jednak absolutnie nie oto mi chodziło a raczej o pełną ulgi konstatację, że Ocean nadal proponuje uroczą miksturę rockowych dźwięków, które spędzały sen z powiek gdzieś w okolicach wygasającej, grunge’owej rewolty. Przypomnienie o muzyce z deszczowego Seattle nie pojawia się przypadkowo – wiele wątków, zagrywek gitarowych może z tą stylistyką się kojarzyć („Oktanowy książę” czy „Którędy do ciebie iść”), jednak to tylko część oferty. Melancholijna zgrzytliwość, ów błotnisty miód (znowu Seattle…), oblepiający uszy to ulubiony materiał stosowany przez zespół. Tym razem jednak przede wszystkim pochwalić należy produkcję płyty, za którą odpowiedzialni są Vance Powell (miks) i Richard Dodd (master), persony znane ze współpracy z takimi tuzami jak Kings Of  Leon czy The White Stripes.  Mistrzostwem jest tu praca sekcji rytmicznej. Wiele utworów opiera się na zapętlonej grze perkusji, częste użycie kotłów, w zestawieniu z przesterowanym basem zniewala. Nagrane w naturalny, bezpośredni sposób z całym bagażem analogowej głębi, pozwalają się delektować dźwiękiem obecnym niemal fizycznie.  No i gitarowe smaczki, raz generujące hałaśliwe zgrzytliwości, to znowu zapuszczające się w rejony psychodeliczne. Tu wyróżnia się „Skład niewygodnych spraw” z świetnymi, przykuwającymi uwagę melodiami  i rozedrganą, lekko senną aurą. Dla przeciwwagi pojawiają się ciosy w stylu „Gniję”;  tu i ówdzie zastanawiano się nawet, w jaki sposób u Maćka tak mocny wokal się objawił. Dziwne, tym bardziej, że cała kompozycja, pomijając partie wokalne, brzmi, jakby wyszła spod pióra „proletariuszy”…

Muzyczna moc, alternatywny, miejscami nawet dysonansowy, gitarowy jazgot zderzony jest z wokalizami Maćka Wasio. Lider zespołu śpiewa w charakterystyczny dla siebie sposób, snuje opowieści i jeszcze bardziej niż miało to miejsce wcześniej trzyma w ryzach poszczególne numery, nadając im zawsze piosenkowy charakter. Podoba mi się szczególnie doskonałe zespolenie poszczególnych elementów, nic się nie gryzie, wszystko znakomicie „pracuje”.  I choć trudno doszukiwać się w tej muzyce eksperymentów, to i tak uważam, że w Polsce, gdzie rock  jest wydaniu komercyjnym strasznie klezmerski, Ocean nobilituje takie granie bez uciekania się do często niezjadliwej niezależności, choć niewątpliwie nagrał tym razem płytę trudniejszą, brudną i bliższą hałaśliwej prawdy.

Niewątpliwie zespół posiada jasno określony plan na swoją karierę – poprzednią płytą, szczególnie radiowymi playerami „Czas by krzyczeć” czy „Wołam cię” zapewnił sobie przychylność słuchaczy, po czym teraz, dla odmiany, serwuje muzykę cięższą, mniej oczywistą i bazującą dobrych kompozycjach. To płyta, której chce się słuchać i choć dla wielu czytelników będzie to zbyt lekka, wypośrodkowana muzyka, warto dla odmiany oddać się w jej władanie. A jeśli ktoś zarzuci mi – jak zwykle – zbytnie rozchwianie emocjonalne, pozwalające stawiać obok death metalu takie wynalazki jak Ocean właśnie, odpowiadam w manierze naszej, ponoć najlepszej tenisistki – mi to fruwa i powiewa…

Arek Lerch 

Pięć