OBSESSIONS – s/t (Antena Krzyku)

Wydana 1 września winylowa ep-ka warszawskiego Obsessions już krąży z rąk do rąk na koncertach, których chłopaki grają ostatnio niemało. Mało tego, całe cztery kawałki zarejestrowane podczas wakacji można odpalić na ich zespołowym bandcampie, nie trzeba się zatem martwić, że ściśle limitowany nakład, jaki wypuściła Antena Krzyku, wyprzeda się na pniu i pozostaną tylko długie miesiące wyczekiwania na dodruk. Jeżeli lubisz garażowy punk rock and roll, a wszystko w klimacie lat burzliwych 80’tych, to śmiało czytaj dalej.

Całość jest umieszczona w ładnym, kartonowym opakowaniu, fajna, totalnie minimalistyczna okładka, nieodparcie kojarząca mi się z kultowym The Germs, bez tytułu, po prostu „Obsessions”, albo inaczej – self titled, zwał jak zwał, ale szkoda strzępić język po próżnicy. Od razu na uszy rzuca się elegancko zgrana praca obu gitar; coś pięknego, chłopcy idealnie się uzupełniają, dzięki temu jest tam cała masa melodii i niebagatelnych rozwiązań, jedno wiosło z całą pewnością nie spowodowałoby aż tak dobrego efektu. Te cztery kawałki biją przede wszystkim przebojowością, pewną melancholią, a zarazem optymizmem, sporą ilością różnych chwytliwych smaczków, zatem jeśli chcesz się nieco rozchmurzyć patrząc za okno to wystarczy nacisnąć play. Mój typ to „A Perfect Life” z fajną, wolną końcówką, czad! Nie, żebym miał jakieś obiekcje odnośnie innych numerów, idealnie się komponują i uważam, że te cztery piosenki wystarczają jako debiut. Jasne, że chce się więcej, ale trzeba dać im chwilę. Póki co, myślę, że nawet Mick Jagger byłby usatysfakcjonowany.

Zespół powstał z inicjatywy gitarzysty i perkusisty, udzielających się miej lub bardziej znanych rodzimych kapelach, czy swobodnie działających projektach, którym zapewne też miał być Obsessions, ale stosunkowo szybko znalazł się komplet, złożony z ludzi z takim samym zapleczem i doświadczeniem scenicznym. Ba, większość z nich współtworzy lubiany i doceniony skład The Black Tapes, a ciekawskich niezorientowanych, odsyłam również na bandcamp czarnych taśm. Oczywiście, porównując oba zespoły, można byłoby się przyczepić, że to jedno i to samo, na pewno przez kogoś nie tkwiącego na co dzień w takiej stylówie, jest np. ten sam wokalista, z drugiej strony nie trzeba być wytrawnym koneserem gatunku, żeby znaleźć znaczące różnice, powodujące są to dwie odrębne muzyczne gałęzie i wcale nie mam tu na myśli faktu występowania u jednych instrumentów klawiszowych. Nad wyraz cieszę się słuchając tego parominutowego materiału, z tego prostego założenia – muzyka mówi sama za siebie, a dwa, że takich zespołów nigdy dość, zwłaszcza jeśli to lokalna załoga, w sensie krajowy wyrób. Dobra, kończę bo popadnę zaraz w jakąś paranoję, czy inne obsesje.

Sam Tromsa

Pięć