OBSCURE SPHINX – Epitaphs

Po wolcie stylistycznej, wykonanej przez Blindead za sprawą „Absence”, Obscure Sphinx z automatu stał się liderem polskiej sceny post-metalowej. Mimo krótkiego stażu, tak silna pozycja nie powinna dziwić, a warszawska grupa zawdzięcza ją nie słabej kondycji rodzimego postu, a wysokiej jakości własnej muzyki. Zespół wyrobił sobie markę już za sprawą debiutu, a dzięki Void Mother ugruntował tylko swoją rolę. Teraz przychodzi mu się mierzyć z tzw. syndromem trzeciej płyty – a to ponoć jedno z najtrudniejszych starć w karierze wielu muzyków.

Na początku warto zaznaczyć, że Obscure Sphinx stara się nie stać w miejscu. „Epitaphs” nie przynosi rewolucji stylistycznej – korzenie zespołu nadal tkwią głęboko w post-metalowej glebie. Z pewnością jest to jednak płyta odmienna od „Void Mother”. Odnoszę wrażenie, że tegoroczna propozycja muzyków jest nieco bardziej minimalistyczna, nastawiona typowo na budowanie gęstej, mrocznej atmosfery, natomiast niekoniecznie zachęcająca słuchacza do analizowania każdego dźwięku i doszukiwania się podwójnego dna. „Epitaphs” wydaje się być albumem dosyć prostym i bezpośrednim, osobiście przywodzącym mi na myśl głównie dokonania Amenra – zwłaszcza Mass V. Obscure Sphinx udało się uzyskać z grubsza podobną, niezwykle mroczną i depresyjną atmosferę. Trzeci album rodzimej grupy to dokonanie skrajnie emocjonalne, bardzo duszne, potrafiące przytłoczyć nieprawdopodobnym ciężarem (dawno nie słyszałem tak świetnego walcowania jak w „Nothing Left” – bas robi świetną robotę), a przy tym chyba najlepiej w dotychczasowej karierze zespołu lawirujące między ścianą dźwięku a delikatniejszymi partiami. Znów posłużę się przykładem singlowego „Nothing Left” – ten niemal 14-minutowy kolos to wręcz podręcznikowy przykład, jak powinno się sprawnie łączyć oba te elementy. W „Nieprawocie” zespół sięga po rozwiązania przywodzące na myśl skojarzenia z black metalem, co jest swego rodzaju nowością. Podobny niuans przychodzi wraz z „Memorare”, gdzie Wielebna decyduje się wyłącznie na czyste partie wokalne. Pewnym nowym elementem jest także użycie gitary akustycznej w niektórych utworach, aczkolwiek potraktować należy to raczej w kategoriach fajnego, acz w gruncie rzeczy niezbyt istotnego detalu. Trzeba jednak zaznaczyć, że Obscure Sphinx nie kombinuje stylistycznie, nie wykonuje radykalnej wolty, właściwie to nie zaskakuje. Daje fanom krążek, którego większość mogła oczekiwać.O S

No i git, pasuje. Nie wymagam, żeby grupa taka, jak Obscure Sphinx dokonywała drastycznych zmian. Zespół czuje się na tyle dobrze i naturalnie w obranej stylistyce, że nie widzę najmniejszego sensu, by cokolwiek w tej materii zmieniać. Okej, wiem, że post-metal ponoć dawno już się wyczerpał i takie tam. Sranie w banię; prawda jest taka, że w tej muzyce najważniejsze są emocje, a tych na „Epitaphs” nie brakuje – to oczywiście nie powinno dziwić, bo mając tak ekspresyjną wokalistkę jak Zosia, w dodatku w tak świetnej formie jak teraz, można i trzeba nagrywać bezbłędne strzały. Szkoda potencjału, żeby miało być inaczej. Od strony technicznej również trudno mieć większe pretensje, a wręcz przeciwnie – warto pochwalić grupę za bardzo niskie, basowe brzmienie, które fajnie podkreśla ciężar. Jeśli miałbym się do czegokolwiek przyczepić, to może właśnie jednak do pewnego asekuranctwa w „Memories of Falling Down” czy „At The Mouth Of The Sounding Sea” – nie mogę powiedzieć, że są to nudne utwory, ale brakuje w nich troszeczkę iskry i „czegoś więcej” (chociaż wokale Zosi w końcówce „Memories…” palce lizać).

Krótkie podsumowanie brzmi następująco – jeśli na post-metal reagujesz alergicznie, no to cóż… „Epitaphs” nic nie zmieni w tej kwestii. Jeśli jednak chodzisz w koszulce Neurosis, a Asymmetry jest (a raczej było…) Twoim ulubionym festiwalem, to chyba nie muszę mówić, która polska płyta zrobi Ci w tym roku wyjątkowo dobrze, hm?

Michał Fryga

Cztery i pół