OBITUARY – Obituary (Relapse)

Zawsze daleko mi było do obsesji na punkcie Obituary, choć doceniam ich niezaprzeczalny wkład w rozwój death metalu oraz wierność wymiocinom i stęchliźnie. Mimo wszystko, w samym USA znajduję kilka ciekawszych kapel propagujących zalety procesów gnilnych, które z niewiadomych przyczyn zawsze błąkały się w środkowych pozycjach drugoligowego death metalu. Wśród nich chociażby Massacre albo zupełnie zapomniane Morpheus Descends czy kroczący ścieżką wybrukowaną przez plugastwa Resurrection. Nie znaczy to jednak, że niechętnie podchodzę do krążków Obituary. Wręcz przeciwnie, „Slowly We Rot” po dziś dzień lokuje się w mojej prywatnej szpicy schorowanego metalu śmierci, a „The End Complete” urzeka nieoczywistą chwytliwością. Sęk w tym, że tematem rozważań metalowców na kilka następnych miesięcy będzie nowa płyta. Jak więc ma się florydzkie commando w 2017?

Powiedzieć, że nieźle lub przyzwoicie to w rzeczywistości nic powiedzieć. Bracia Tardy i spółka może nie wpisują się w ten słynny frazes o im starszym tym lepszym winie, aczkolwiek pośród innych weteranów śmiercionośnej łupanki ciężko wskazać im jakąś wyraźną konkurencję. Muzycy po reaktywacji nie zawracali sobie głowy zbędnymi półśrodkami, tylko raz po raz strzelali precyzyjnie i boleśnie celnie. O ile „Frozen In Time” niekoniecznie zwiastowało najbardziej udany powrót  z zaświatów, o tyle każdy kolejny krążek kontynuujący wojaże Obituary po przebudzeniu, sukcesywnie łomotał z coraz większą skutecznością. Najnowszy album, zatytułowany nazwą zespołu, stanowi najczystszy destylat death metalu i w końcu osiągnięty bardzo wysoki poziom, graniczący z perfekcją, po ponad 12 latach poszukiwań i szlifowania brutalnego rynsztunku. Nie zmienia to jednak faktu, że Obituary podążają tą samą drogą, co zawsze. Całkiem słusznie, bo dlaczego zmieniać coś, co przynosi dobry efekt? „Obituary” wywołuje oczywiste skojarzenia z żelaznymi klasykami zespołu i nawet przez chwilę nie męczy słuchacza wysilonymi zmianami. Jest więc pęd na złamanie karku, który lata temu napędzał surową zawartość debiutu, są te urokliwe susy do niedomkniętego sarkofagu atakujące zatęchłymi riffami w tempach średnich i wolnych, a śmiercionośny groove obficie serwowany na „The End Complete” pełni tu rolę tła. Nie znaczy to jednak, że stanowi jedynie mało istotny detal, na który nie warto zwracać uwagi. Wręcz przeciwnie; czym byłoby „Lesson In Vengeance” bez tego pulsującego rytmu napędzanego prostym jak drut dialogiem gitary z perkusją? Albo taneczne „Betrayed”? Oczywiście, ten taniec wypada rozumieć jako Danse Macabre, ale taniec to jednak taniec i koniec. Wiadomo, że wielbiciele dosadnej łupanki nie zadowolą się samym groove. Na szczęście, „Obituary” jest wręcz usłane prędkimi strzałami, które mają potencjał, by na stałe zakotwiczyć w koncertowym repertuarze grupy a wśród nich wymienić należy niemal prymitywne w wymowie „Sentence Day” bądź rozpędzone do granic możliwości „Brave”.band

Obituary znowu potwierdziło żelazną zasadę, że ekstremalny metal najlepiej wychodzi starszym panom, a młodzi z głowami wypełnionymi stalowymi ideałami mogą się jedynie uczyć. Najnowszy krążek florydzkiej formacji nie schodzi z moich uszu i podejrzewam, że jeszcze długo nie zejdzie. Nie mam serca, by darować sobie jatkę takiego kalibru na rzecz wydawnictw tylko niezłych lub słabych…

Łukasz Brzozowski 

Pięć i pół