NUKK – s/t (Unquiet Records)

Nie znam za bardzo polskiej sceny hardcore. Kompletnie nic mi nie mówi, że członkowie NUKK są lub byli znani z takich składów jak Dead Dingo, Emfazis czy don’t fuck my brain, a wydawca debiutanckiego materiału wrocławskiej ekipy (mowa o Unquiet Records) bardziej kojarzy mi się z zespołami w rodzaju Fleshworld, Coffinfish czy The Gentle Art Of Cooking People, czyli też przywodzącymi na myśl nieco inne rejony. Zatem podobnie jak w przypadku niedawnego tekstu o tegorocznym albumie Iron Whip, przychodzi mi mierzyć się z muzyką właściwie nową, zupełnie nieznaną dla gustu zakorzenionego w ekstremalnym metalu. Znów, miast szukać punktów odniesienia i prób skojarzenia twórczości zespołu z czymkolwiek wcześniej znanym, zmuszony jestem do konfrontacji głównie z emocjami muzyków. Uwierzcie mi jednak, że to może wyjść tylko na dobre – tych na debiucie NUKK nie powinno zabraknąć.

Serce – to jest największą zaletą debiutanckiego wydawnictwa wrocławian. Słuchając NUKK, nikt nie powinien narzekać na brak szczerych emocji, zaangażowania i pasji. Najbardziej wyczuwalne jest to przede wszystkim w pełnym ekspresji krzyku, który będzie nas trzymać za gardło niemal od początku otwierającego „Glaciers” aż po końcówkę „1706”. Puszcza dopiero za sprawą ambientowego „Aubrite”, stanowiącego doskonałe zwieńczenie tak zaangażowanego i intensywnego mini-albumu. „NUKK” to materiał tyleż wściekły, co mroczny, a obie te cechy świetnie podkreśla brzmienie, przybrudzone i sprawiające wrażenie nieco piwnicznego, uzyskane w cieszącym się coraz większą sławą Satanic Audio. Zwłaszcza partie wokalne brzmią kapitalnie – jakby nieco z tła, lekko schowane, nieco niewyraźne, ale z idealnie zaakcentowaną ekspresją. Dobry wokalista wznosi zespół na wyższy poziom – to samo pisałem przy okazji recenzji tegorocznej płyty Naðra, co obok używania tych samych instrumentów jest chyba jedyną wspólną cechą obu zespołów.band1

Debiutu NUKK można słuchać z przejęciem. Te niespełna dwadzieścia dwie minuty w doskonały sposób łączą intensywność crusta i hardcore’a z ekspresją charakterystyczną dla screamo i mrokiem, który może nasuwać pewne skojarzenia z zespołami pokroju Amenra. Unoszący się nad całością duch DIY tylko podkreśla szczerość i autentyczność tych dźwięków. Nieważne, czy są to brzmiące jak rozdrapywane rany „Morr” lub „Dagger”, okraszony bardzo charakterystyczną linią melodyczną „1706” czy klimatyczny „Aubrite”. Ta muzyka jest po prostu prawdziwa.

Ciężko wróżyć NUKK większy sukces komercyjny czy przebicie się do szerszej publiczności, mam jednak szczerą nadzieję, że grupie uda się choć nieco wychylić poza obręb swojej sceny i zaistnieć w świadomości słuchaczy cięższej muzyki. Tak emocjonalna i zaangażowana muzyka po prostu na to zasługuje. NUKK łapie zarówno za serce, jak i za jaja i to z taką siłą, że nie wiesz, co bardziej boli.

Michał Fryga

Cztery i pół