NUDA. – Nuda

Nowa twarz na muzycznym firmamencie? Tak. Nowe dźwięki? Tak. Oryginalna nazwa? Jak najbardziej. Przed państwem kilka słów odnośnie debiutanckiego długograja warszawskich urwisów, co chcą pograć tak, żeby nudy nie było. No i? Faktycznie, nie muszą się obawiać, że ich nazwa stanie się synonimem wykonywanej muzyki. Brawa.

Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad etymologią czy też tokiem myślenia muzykantów z okolic jazzowych w temacie wyboru nazw dla swoich zespołów. Bo mamy Niechęć, Ślinę, Błoto, jest Rdza i Ciśnienie, na Mazurach działa Parampampam Trio. W tę mocno pogiętą nazewniczo gromadkę pięknie wpisuje się Nuda. Zespół, który robi wszystko, żeby nudno nie było, choć łatwo tym bardziej nie jest. Wystarczy powiedzieć, że mamy do czynienia z kolejnym tworem improwizującym, gdzie pomysłów na swobodne traktowanie dźwięków jest całe mnóstwo, trzeba się tylko trochę wysilić by ich w pełni doświadczyć. Najbardziej znanym z tej gromady jest  perkusista Michał Bryndal, od dłuższego czasu związany z zespołem VooVoo, na „Nudzie” grający zdecydowanie inaczej, choć równie intrygująco. Zresztą, kwestia stylistyki to kolejna wyprawa wysokogórska. Zatem, trzeba zmierzyć się z tym wyzwaniem, co łatwe nie jest, choć przyjemne jak najbardziej, szczególnie jeśli ktoś lubi muzykę wielorazowego użytku.NUDA.

Zespół chyba dość celowo wybrał sobie nazwę, która staje się takim punktem odniesienia – znaczy, muzycy robią wszystko, by uniknąć, no właśnie – nudy, by dać słuchaczowi produkt, który niczym łamigłówka, będzie jakimś tam intelektualnym doznaniem. W tym celu muzycy obierają dwie drogi – jedna to spokojniejsze, medytacyjne tematy, druga, w kontraście eksplorująca eksperyment, bardziej „kanciaste” dynamiczne formy, ale i tak każdy z kierunków wymaga od słuchacza skupienia. Cały materiał ma w sobie dużo oddechu, ale też i tajemnicy, podszytej różnymi smaczkami, drobnymi drgnięciami instrumentów, które tworzą bardzo interesującą układankę. Jako, że muzyka jest w zasadzie w całości improwizowana, warto zwrócić uwagę na to jak poszczególne instrumenty wchodzą ze sobą w interakcję. Zastanawiałem się dość długo, czy używać wobec tej muzyki słowa „jazz”, czy raczej „eksperyment”. No i wyszło mi, że jest to „eksperymentalny jazz”. Czasami kłaniający się zamierzchłym latom 70., kiedy ze swoimi demonami zmagał się Tomasz Stańko (rewelacyjne otwarcie „Ryba Rozpuszczalna” czy „Albo kilka”). Humorystyczne tytuły przekładają się na dźwięki, które zawadiacko ze sobą się zderzają (dynamiczna „Sałatka z Pinezkami”, „Anatomia Nieprawdziwego Psa”), to znowu płyną w jakimś letargu („Państwowy Instytut Ciszy” czy „Towarzystwo Krzewienia Niewinności”). Prawdziwą frajdę sprawia mi wyłuskiwanie z tych utworów poszczególnych zagrywek, brzmień, nietypowego podejścia do instrumentów, choć trzeba przyznać, że Nuda nie rzeźbi w awangardzie i wszystko jest bardzo „muzyczne”. Zespół balansuje pomiędzy tradycją a nieprzewidywalnością, ale zawsze znajduje wyjście do słuchacza, nie epatuje długimi zawijasami, przez co utwory są strawne, komunikują co najwyżej swoją formą, że na koncertach może być zdecydowanie bardziej wybuchowo. Właśnie – czasami odnoszę wrażenie, że zespół celowo hamuje swoje zapędy, że choć możliwości mają bardzo duże, to są one okiełznane. Sugeruje pewne rozwiązania, szkicuje i zatrzymuje się, dając słuchaczowi sygnał tego co może się jeszcze wydarzyć. I najważniejsza konstatacja – czuć w tej muzyce namacalną radość, klimat zabawy, który szybko udziela się słuchającemu. I to jest dla mnie najlepsza rekomendacja, bo uśmiechnięty muzyk to zadowolony konsument. I o to chyba w tym chodzi.

Arek Lerch

Pięć i pół