NOŻE – Gniew (Fonobo Label)

Jest prawda czasów i prawda jaką chcemy widzieć. Prawda czasów uczy, że pewne zespoły są przypisane do swojej epoki i tylko w takim kontekście pozostają wiarygodne. Tak było z Myslovitz a wspominam o tym zespole nieprzypadkowo, bo kwartet Noże bywa do nich porównywany. I tu zaczyna się prawda, która nijak ma się do tych porównań. Bo Noże, choć faktycznie korzystają z podobnego zestawu środków (manieryczne wokale, spora dawka melancholii, piosenkowa formuła i polskie teksty) traktują popkulturę jako niewygodny kaftan, z którego trzeba się wyzwolić.

Choć i owo wyzwolenie nie jest jakąś tam rewolucją na miarę ikon z epoki. Rewolucje już były i dzisiaj nikt nie oczekuje po rockowych muzykach rozpieprzania systemu od środka. Wiedzą to Noże i ze znawstwem, na spokojnie budują swoją karierę. Przede wszystkim – zamiast szaleć z wydaniem płyty, długo krzepli, ogrywali się, dlatego debiut jest po pierwsze oczekiwany a po drugie znakomicie osadzony. Nie mam tu na myśli jakiegoś wydumanego konceptu czy natłoku pomysłów. Wręcz przeciwnie, płyta jest bardzo klarowna i raczej prosta, składająca się z doskonale oszlifowanych i przemyślanych elementów. Każdy muzyk zna swoje miejsce i to powoduje, że „Gniew” jest przede wszystkim solidny, zrównoważony, nawet w tych bardziej szalonych momentach. Długo zastanawiałem się, co tak po prawdzie przykuwa moją uwagę. Dochodzę do wniosku, że jest to ów spokój, podszyty melancholią, przy jednoczesnej, smakującej bardzo wyspiarsko, zblazowanej arogancji. Wyrazistość tej postawy powoduje, że płyta jest „jakaś”, w odróżnieniu od stu innych tzw. produkcji środka z lekkim ukłonem w stronę niezalu. Wydawać się może, że zespół prowokuje właśnie tym „nic nie robieniem”, nonszalancką postawą podszytą szugejzowym odjazdem.NOŻE

Szukanie we współczesnym rocku czegoś ponad kilka poprawnie postawionych dźwięków jest w XXI wieku bardzo trudne, bo wszystko to, co kilka dekad temu było solą tej muzyki, przejął min. hip hop, zaś gitarowe składy od dawna borykają się z brakiem przypraw w swojej muzyce. Szczególnie doskwiera im jednowymiarowość muzyki, brak drugiego dna, i tu Noże sprawdzają się idealnie, bo ich piosenki są tak skrojone, że nawet jeśli wydaje się nam, że dobrze je znamy, ciągle gdzieś tam jest jakiś nerw, jakiś dysonans mentalny, który powoduje, że wracamy do tej płyty z niejasnym przekonaniem, że kolejne przesłuchanie odkryje przed nami coś nowego. Niepokój, to chyba dobre słowo do określenia tego podskórnego mrowienia podczas lektury „Gniewu”; odczuwamy go w tych momentach, kiedy grupa skręca w stronę jakieś pokrętnej trawestacji britpopowych klimatów, wokalista staje się manieryczny, ale jednocześnie w kontekście całej płyty, ma to swój urok. Zespół balansuje na granicy tworzenia nowej jakości, brytyjskiej blazy, podkręca to wszystko psychodeliczną mgiełką, ale tylko dla smaku, bez zagłębiania się w taką niszę. Wszystkiego jest tu dokładnie tyle, by zainteresować, ale nie zanudzić. Międzygatunkowa hybryda Noży ma jednak to do siebie, że nie brzmi jak kundel, ale raczej tworzy coś co z jednej strony dobrze znamy (krzywe zwierciadło „polskiego rocka”?) a z drugiej gdzieś tam ociera się o początki oryginalności. I cały czas trzyma w napięciu.

A teraz kilka konkretów, żeby ktoś nie zarzucił tzw. pierdolenia bez przyszłości – całość materiału ma przyjemny, chłodny klimat, z którego wyróżniają się przede wszystkim świetny, stonowany utwór tytułowy, lepiące się do ucha, melancholijne „Zbrodnie”  i oczywiście „Złe wychowanie”; każdemu zespołowi życzę takiego bezobciachowego hitu. Świetne są rozbudowane „Nowe dynasy”, skręcające gdzieś tam w stronę lekkiego transu, potem jest już bardziej poważnie. Mami psychodeliczna „Kora Persefona”, ze znawstwem skonstruowana „Rekonkwista marzeń”. No i oczywiście odniesienia do post punkowej rewolucji w „Czarnym krawacie” i „Error errors”. To tylko pewne wyznaczniki; całość jest optymalnie długa (37 min), lekko zdystansowana i nobilituje to wszystko co w krajowym rocku jest dobre, ale jakoś w ostatnich latach zapomniane. Muzyka. Teksty. Okładka. Przypomniałem sobie, że taka muzyka też może mi się podobać. Polecam.

Arek Lerch

Pięć i pół