NOGA EREZ – Off The Radar (City Slang/Sonic)

W muzyce powiedziano już chyba wszystko. Każda kolaboracja została skonsumowana, każde dziwactwo i niewyobrażalne konfiguracje zostały nagrane, skomplementowane i skopiowane przez setki naśladowców. Co zatem można jeszcze zrobić, żeby zostać zauważonym? W zasadzie trzeba mieć tylko pomysł, wyobraźnię i determinację. Tak jak Noga Erez.

Nic prostszego, prawda? Młoda dziewczyna dorastająca w Tel Awiwie, mająca pomysł na życie i ogromną ochotę wyrwania się ze swojego świata. Za główną ścieżkę obrała sobie elektroniczne pasaże – też nic oryginalnego ale w tym momencie z pomocą przychodzi wyobraźnia i mocny umysł. Współczesna muzyka zazwyczaj pozbawiona jest znaczenia, dlatego „Off the Radar” ustawia się po zupełnie przeciwległej stronie, zresztą, kontekst w jakim egzystowała bohaterka tego tekstu prowokował – gdy stałam się bardziej świadoma tego, co się dzieje – złożoności sytuacji i tego jak wpływa na życie po obu stronach – moją reakcją była chęć odseparowania się od tego. Pozbyłam się telewizora i całkowicie przestałam czytać wiadomości – komentowała. Jednocześnie w swoich tekstach porusza ważne sprawy, często niewygodne i trudne, takie, o których milczeć nie można. Za słowami podąża muzyka. Równie odważna i tak samo drażniąca. Zbudowana z pozornie prostych elementów, plastikowych płaszczyzn, które w zderzeniu z głosem zaczynają się wyginać, zapętlać i w efekcie wgryzać się w mózg niczym szklane opiłki. Zaczynamy krwawić, ale chętnie do tej płyty wracamy.Noga Erez_Blue_Side_Tonje Thilesen_HRZKiedy wsłuchiwałem się w ten album, przyszła mi na myśl kosmiczna diva Plavalaguna z „Piątego elementu”. Nie, nasza bohaterka nie jest tak przerysowana, ale jej muzyka to coś zaskakująco świeżego, równie pokręconego i trochę niepokojącego. Noga Erez bez skrępowania wywraca tradycyjnie rozumianą kompozycję do góry nogami. Tnie – i sample i własne wokale, układa w ciekawe mozaiki, które czasami denerwują, to znowu dostarczają zaskakujących brzmień. Czasami drażni się ze słuchaczem oszczędnie dawkowanymi dźwiękami, skupiając się na wokalu to znowu buduje rytmiczne zakręty („Pity” – majstersztyk płyty), bazuje na pomysłowych samplach zbudowanych z dźwięku kropel wody, szuka niepokojących harmonii. Jest kapryśna, często zatrzymuje się w pół drogi, podejmuje nowe wątki. Tak, niewątpliwie trzeba uważnie podążać jej śladem żeby się nie zdenerwować. Bazując na r’n’b, trip-hopie, gospel i nawiązaniach do trapu, pokazuje własną wizję muzyki elektronicznej, ale nie tej łagodnej, a raczej rozchwianej i zadziornej. Widać, takie prawo młodości. Czasami zastanawiam się, czy to co słychać na debiucie, można już uznać za własny język, czy raczej za nerwowe poszukiwanie; tak czy inaczej, trudno się od tej płyty oderwać. Na pewno jest to bardzo energiczna odpowiedź na nasze współczesne, rozchwiane życie. Na pewno słychać, że to płyta zbudowana na indywidualnych pomysłach. Próba sił co najmniej udana.

Arek Lerch

Cztery i pół