NILE – What Should Not Be Unearthed (Nuclear Blast)

Po tym jak Naczelny na łamach Violence Online „zniszczył” ostatni long Nile – At The Gate Of Sethu, moją życiową misją stało się przekonywanie przechodniów, że na Nile znam się tylko ja. Nowe dzieło death metalowych egiptologów przypadnie do gustu wszystkim (fanom), więc mnie przekornie spodobać się nie może. Jestem w końcu synem swojego ojca, który w wieku 60-u lat przyznał wreszcie, że pod parasolem deszcz nie pada i jest to zacny wynalazek. Dla plebsu, rzecz jasna.

Skrytykowany za „sterylne”, suche brzmienie i mniejszą wartość szturmową, „At The Gate Of Sethu” stał się moim ulubionym albumem Nile zaraz po (lub przed) wzorcowym, wypośrodkowanym brzmieniowo „Annihilation of the Wicked”. Odmulenie brzmienia, urozmaicenie wokaliz, większa czytelność muzyki i jednocześnie swoista brawurowość w obrębie składni riffów, które zbliżały się do stylistyki thrashowej, spowodowały, że Nile z bardzo solidnego, death metalowego zespołu awansował z pierwszej do mojej prywatnej ekstraligi. W świetle krytyki poprzednika, „What Should Not Be Unearthed” stanowić ma „powrót do formy”, która dla mnie paradoksalnie oznacza wszystkie przywary, które (może i słusznie) wytykał Naczelny w swojej recenzji. Zgodnie z zapowiedziami Karla Sandersa nowy album miał być brudniejszy, brutalniejszy i skoncentrowany na większej prostocie. Skompresowano zatem co się dało i pojawiła się oczekiwana przez fanów ściana dźwięków, z której czasami ciężko wyłapać przy prędkościach prezentowanych przez Nile „niuanse”, czy to gitarowe czy perkusyjne.Nile

Od początku jesteśmy ostrzeliwani, podpalani i miażdżeni. Z pewnością wszystkie te formy opresji posiadają walor muzyczny, ale czasami nie o muzykę tu chodzi, a o niszczenie za jej pomocą. Na tle tej destrukcji, także mocarny „Annihilation…” wygląda znacznie lepiej, jako zbiór raczej pokomplikowanych, ale jednak w miarę uporządkowanych piosenek, gdzie ucho wyłapie co trzeba. Rzecz jasna, nowe dzieło Amerykanów nie może mierzyć się surowością z ich debiutem, ale takie oczywistości należy zwyczajnie przemilczeć, jeśli ma się odrobinę taktu. Na plus poczytuję zwiększone użycie wysoko granych, rozszerzonych kwint gitarowych, które wprowadzają ciekawe urozmaicenie i oddech do muzyki. Świetnie wypadają fragmenty gdzie Nile zapomina o starożytności i wychodzi mu spod kończyn coś zbliżonego do środkowej twórczości Death. Nie mogę jednak doszukać się zapowiedzianej prostoty, jakkolwiek ta miałaby wyglądać w wykonaniu Nile. Może to kwestia dłuższego osłuchania się z tą muzyką, ale kto ma dzisiaj na to czas?

W kontekście dyskografii Nile, jego siła ognia nie słabnie, a utwory są nadal kompetentne. Nie sądzę jednak, żeby w przyszłości poświęcono temu albumowi tyle uwagi co „Annihilation of the Wicked” czy „Black Seeds of Vengeance”, spierając się, na którym z nich zespół osiągnął swój artystyczny szczyt. Bo to już nastąpiło, prawda?

Kuba Kolan

Cztery