NILE – At the Gate of Sethu (Nuclear Blast)

Ileż to razy zastanawialiśmy się, cóż takiego rewelacyjnego mógłby stworzyć artysta, gdyby w pewnym momencie nie zdecydował się był zakończyć w taki czy inny sposób żywota. I wychodzą nam cuda okrutne. Niestety, bolesna prawda, której zresztą mogliśmy nie raz doświadczyć, jest taka, że kultem jest często sama śmierć niż sztuka, którą przerwała. Bo żyjący geniusz, który stworzył dzieła genialne, kiedy zapomni odebrać sobie życie w smutnych często okolicznościach, nierzadko genialny być przestaje. Mało gramatyczne użycie w jednym zdaniu słowa na „g” ma tu swoje uzasadnienie – w poniższym tekście, dotyczącym najnowszego dzieła Nile „At the Gate of Sethu” raczej go nie uświadczycie…

Przełomy w muzycznej historii to konieczność i gwarancja przeżycia. O tym, że płyta „Amongst the Catacombs of Nephren-Ka” takowym przełomem była, nie będę dyskutował – w 1998 krążek wywołał na kostniejącej scenie death metalowej spory rumieniec i w tym ograniczonym getcie stał się zajebistym haustem świeżego powietrza. Potem był rewelacyjny „Black Seeds of Vengeance” oraz najlepszy – zdaniem piszącego –  „In Their Darkened Shrines”.  I na tym koniec… Owszem, „Ithyphallic” nadal słucham z przyjemnością, jednak dzisiaj, kiedy staram się zakumplować z „At the Gate of Sethu”, czuję w głowie tylko pustkę, adrenalina nie uderza w tętnice, nic się nie dzieje…  Dlaczego?

Niestety, zastosowany po raz siódmy patent łączenia brutalnego, choć w sumie standardowego death metalu z pseudo – egipskimi interludiami, granymi na równie dziwacznych instrumentach, już od jakiegoś czasu nie wywołuje – przynajmniej w moim przypadku – skoku adrenaliny. Bo co z tego, że riffy miażdżące, co z tego że George Kollias obraca kopytkami i łapkami jak szalony, kiedy całość brzmi po prostu… konfekcyjnie, posunę się wręcz do stwierdzenia – na „odwal się”. Okazuje się, że odkrywanie po raz nie wiem który tego samego patentu może przejeść się nawet najtwardszym  kibicom. Na „At the Gate of Sethu” muzyka jest zwyczajnie bezpłciowa, nudna, bez jednego, zaskakującego, nowatorskiego pomysłu.  Te maniakalne tempa, chwilowe zawieszenia pędu, spowite opowieściami o zatęchłych katakumbach, wypadają na najnowszym krążku Amerykanów miernie. Oczywiście, wszystko skrojone jest na miarę, pasuje do siebie jak ulał, bo Sanders i koledzy są sprawnymi rzemieślnikami. No właśnie – to ostatnie sformułowanie jest kluczem – zamiast szukać, wymyślać siebie na nowo, po raz kolejny zespół stworzył bezpieczny i przewidywalny materiał, opatrzony równie oczywistą okładką. Dodatkowo brzmienie płyty mnie nie przekonuje, bo jest dziwnie skompresowane, bez wyrazu i nawet tak podziwiane galopady Kolliasa gdzieś w tej dźwiękowej magmie giną. Słowem – bardzo słabo.

Nile jest dla mnie jednym z ważniejszych na death metalowej scenie zespołów, jednak pozostanę przy pierwszych trzech płytach,  pozostałe traktując jako potrzebę nie chwili, ale raczej portfela. Cóż, w Egipcie nie dzieje się najlepiej – może Karl Sanders próbuje nadążyć za swoją krainą marzeń?

Arek Lerch