NIGHTCLUB FIRE – Junkyard Planet (Antena Krzyku)

Pożar w nocnym klubie. Totalny chaos. I hałas – nieustanny i wszechogarniający, ale jednocześnie zaskakująco… przyjemny w odbiorze? Choć nie popadajmy w skrajności, balsam dla uszu, to to raczej nie jest… Określeń na zawartość tego albumu znaleźć można całkiem sporo: noise, post-hardcore, punk… Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Przede wszystkim jest to szczera, bezkompromisowa i pełna wściekłości muzyka, której co dynamiczniejsze elementy podlane są lekko sludge’owym sosem. Sam zespół reklamuje „Junkyard Planet” jako zbiór siedmiu hardcorowych hitów. Cóż, powiedzmy, że raz bywa bardziej przebojowo, raz nieco mniej…

Już przeciętna długość utworu (jakieś 3 minuty) mówi wiele o tym, czego możemy się spodziewać. Tu nie ma miejsca na wydumane preludia, budowanie atmosfery, niepotrzebne wydziwianie. No, budowanie atmosfery może od biedy by się znalazło, jeśli za takie wziąć niczym nie tamowane, obficie pojawiające się sprzężenia. Ale mimo, że mało na tej płycie wyszukania, zdecydowanie jest na czym zawiesić ucho. To dość spory wyczyn – sprawić, by klasyczny, czteroosobowy skład zabrzmiał tak tłusto i masywnie, nie doznając przy tym uszczerbku na dynamice i klarowności. Wszystko staje się jasne, gdy popatrzymy, kto „Junkyard Planet” produkował. Ano, Satanic Audio… To już kolejny album, którego wyśmienite brzmienie robi temu miejscu znakomitą reklamę. Znamienne, że recenzując płytę ichniejszej produkcji, nie sposób o SA nie wspomnieć (przekonałem się o tym właśnie w tej chwili, wcześniej zaś nie raz zdarzało mi się czytać „cudze” peany na ich cześć). W każdym razie, brzmienie jest bez wątpienia sporym atutem debiutu, wywodzącego się z Wrocławia, kwartetu.
Kwartetu, w którego skład nie wchodzą wcale muzyczne żółtodzioby. Nightclub Fire to zespół (projekt?) członków Torn Shore i The Dog. To doświadczenie jest na „Junkyard Planet” doskonale słyszalne, choć nikt nie wyrywa się przed szereg; wszyscy z mozołem zmierzają do wspólnie obranego celu, którym jest… no właśnie, co? Czy wytransmitowanie w atmosferę całej, gromadzonej na co dzień, agresji i wściekłości na świat? A może tworzenie muzyki nieoczywistej, łączącej gatunki, wpływy, inspiracje, momentami mylącej tropy i, w końcu, nie tak dosłownej jak muzyka zespołów – matek? Jakikolwiek cel by nie był, wyszło świetnie. I to jest najważniejsze. Band

Oczywiście, nikt tu koła na nowo nie odkrywa. Ale nic to, przecież intrygujący efekt końcowy można uzyskać również dzięki odważnemu połączeniu znanych od dawna rozwiązań. Dość mocno pobrzmiewają w tych dźwiękach echa twórczości Converge, ten specyficzny, chłodny, a jednocześnie po brzegi wypełniony skrajnymi odczuciami klimat. Z kolei masywny szkielet sekcji rytmicznej, stanowiący fundament wszystkiego, co na tym albumie się wyprawia, swoją pracą budzi momentami skojarzenia z jakimś mizantropijnym, ciężkim jak cholera sludge. O tym, że pomimo całego, niewysłowionego ciężaru swojej muzyki, Nightclub Fire nie zapomina o innej istotnej sprawie czyli przekazywaniu w produkowanych przez siebie dźwiękach emocji, przekonujemy się chociażby w „I Have No Body”.
Całość brzmi bardzo spójnie. Zaskakująco spójnie, jak na album debiutancki. Sprzyjają temu oszczędne czasowo, zwarte w swojej formule utwory. Zespół przekazuje to, co chce przekazać, niektóre tematy rozwijając szerzej, inne nieco mniej, ale – co bardzo ważne – nie popada przy tym w zgubną powtarzalność. Jasne, wszystkie piosenki są utrzymane w dość podobnej stylistyce, ale jednorazowa dawka około dwudziestu minut takiej muzyki, a zaledwie tyle wynosi czas trwania „Junkyard Planet”, jest jak najbardziej smaczna. Udany debiut.

Adam Gościniak

Cztery