NEUROSIS – Fires Within Fires (Neurot)

Najpierw szacunek. Szacunek, który w przypadku tej załogi jest tak oczywisty jak słońce i tego nikt nim nie może odmówić. Stworzyli łatwo rozpoznawalny styl, wywrócili ciężkie granie do góry nogami a przy tym pozostali zespołem całkowicie niezależnym, działającym według własnych reguł, konsekwentnym i cały czas trzymającym się z boku. Może nawet w pewnym sensie tajemniczym? Wieczny dół ukształtował się w latach 90. gdzieś na poziomie genialnego „Souls At Zero”, by w późniejszych latach dostarczać kolejnych, monumentalnych, lepszych czy gorszych dzieł. Ogólnie trzeba przyznać, że dzięki niewymuszonej formule działania, każda płyta była dopracowanym dziełem, które poniżej pewnego poziomu nie schodziło. Choć fakt pozostaje – od kiedy eksplodowała moda na żółwiowe tempa i cały ten sludge nurt, jakoś trudniej przychodzą mi zachwyty nad kolejnymi płytami. Neurosis do perfekcji opanował pewien styl, stworzył kanon i trzyma się go, z małymi odstępstwami do dnia dzisiejszego. I tu pojawia się małe kręcenie nosem – bo nowe dzieło, choć ponownie przynosi muzykę dopracowaną, stylową i nasyconą jak cholera, ale już nie tak elektryzującą. Trudno płodzić przez całe życie kamienie milowe i być wiecznym prorokiem; tak właśnie przyjmuję płytę Amerykanów. Materiał solidny, osadzony, w 200% neurosisowy, po prostu dobry, choć dość przewidywalny. Mroczny, ale momentami nużący, co jest paradoksem, bo to jedna z najkrótszych płyt tego zespołu. Na pewno nie tak dobry jak Honor Found In Decay. Wiem, że dla maniaków Neurosis to bluźnierstwo, ale mam wrażenie, że zespół znajduje się na jakimś zakręcie i znowu szuka swojego miejsca w życiu – to właśnie słyszę na „Fires Within Fires” – podobnie sądzi Grzesiek, z którym trochę sobie ponarzekaliśmy.

Arek: Nowy Neurosis. Już słyszę achy i ochy… I ok. Dla mnie – na razie – ta płyta jest PO PROSTU kolejnym albumem legendy. Dobrym. Solidnym. Ale jakoś nie czuję wibracji w żołądku. Może dlatego, że na próbach od kolegi grafika słyszę ciągle: „Graj jak Jason Roeder” i mam uraz (śmiech). A bardziej poważnie – podobnie jak w przypadku Meshuggah, Neurosis stał się dla mnie takim genialnym zespołem, nagrywającym coraz nudniejsze płyty. Pomijam fakt, że wypracowany przez jednych jak i drugich styl został zgwałcony i wyrzygany przez setki zespołów. I to może trochę uwierać…

Grzegorz: Trochę przesadzasz, ale zgadzam się, że te nasze legendy, wielkie zespoły, wizjonerzy i wspaniali twórcy doszli do takiego etapu, że nagrywają bo chcą, a nie dlatego, że muszą. Stąd takie a nie inne albumy. Oczekiwania fanów, a w przypadku Neurosis – psychofanów, są wydumane i zamiast cieszyć się, że staruszkowie cokolwiek jeszcze spłodzili zarzucają im brak tej dalekowzroczności za którą ich pokochali. Z Meshuggah jest trochę inaczej, bo oni niczym nasz Kobong wyprzedzili swój czas, a potem, już na etapie, kiedy wychwalała ich Metallica przy okazji „St. Anger”, na dobre ugrzęźli w swoich matematycznych wygibasach. Oba zespoły, i tu nie mam co do tego wątpliwości, są nadal na tyle elektryzującymi nazwami aby dać tym płytom (bo Meszudze też…) szansę. Neurosis też jako pierwsi rozpoczęli żółwią krucjatę, a później zostali powieleni przez setki zespołów, czyli spowszednieli. Może to jest największa bolączka? Ale te setki zaczęły robić inne rzeczy, mieszać to post-żółwie granie z blackiem i pochodnymi, a z kolei Meshuggah dał podkłady pod djent, a dziś ten nurt na całym świecie dostarcza niewiarygodnych albumów – nieważne, czy zespołowych czy solo.

Arek: Oczywiście. A Neurosis został dokładnie w tym miejscu, w którym był. Co, rzecz jasna, nie jest złe bo skoro mają wypracowaną formułę, za którą pokochały ich miliony, to po co kombinować. Co nie zmienia faktu, że poprzednia płyta była jakimś tam drgnięciem. Którego na razie nie poczułem na nowym albumie…

Grzegorz: Nie poczułeś też na nowym Cult of Luna, choć wyszli ze swojej strefy komfortu. Czego oczekujesz od Neurosis? Ścian dźwięku, smoły, walców, czy łamańców i błyskotliwości?

Arek: To trudne pytanie i bierzesz mnie pod włos; każdą płytę traktuję indywidualnie. W przypadku Cult of Luna napisałem, co napisałem, bo nie każda próba „wyjścia ze strefy komfortu” musi być od razu traktowana przeze mnie jak objawienie. Są rożne wyjścia z tej strefy. A co do Neuro… Cóż, ani łamańców ani ścian dźwięku. Błyskotliwość? A co to jest? W zasadzie są błyskotliwi, bo nadal ta ich mieszanka trzyma się kupy i mają swoje brzmienie, swój lot. Co nie zmienia faktu, że raz jest lepiej, raz gorzej. Znajomy stwierdził, że musi posłuchać płyty Neurosis dziesięć razy, żeby zrozumieć o co chodzi i się zakochać. Ja słuchałem z pięć razy. Może o pięć za mało?

Grzegorz: Nie wiem Lerchu, bo dziesięć razy z Neurosis to czas dość przygnębiający i przytłaczający zarazem brzmieniem. Mi w tej muzyce brakowało (a może brakuje nadal?) oddechu, pauzy, nośnych motywów. Zespół inteligentny, ale czasem dla jeszcze bardziej inteligentnych ludzi.neurosis

Arek: A nie uważasz, że to trochę takie snobowanie się na „fana czy psychofana Neurosis”? Coś jak udawanie, że czytanie „Ulissesa” Jamesa Joyce’a jest przyjemnością (śmiech). Ale, jeśli już mówimy o brakach… Słuchając tej płyty tknęło mnie, że byłoby fajnie, gdyby w te wszystkie walce zespół wetknął jakiś kawałek będący czystym powrotem do czasów pierwszej płyty, i szybkich, hardcore’owych ciosów. To byłoby zaskoczenie, nie uważasz?

Grzegorz: Wchodzisz na terytorium moich zainteresowań. Nie sądzę aby chciało im się jeszcze ścigać i walić petardami pokroju tytułowego „Pain of Mind”. Swoją drogą, to kompletnie zapomniałem o tym, że ten zespół zanim pojawiły się ekipy takie jak Doom czy Dropdead, łoił wcale nie gorzej. Ale zgadzam się, fajnie gdyby było więcej życia.

Arek: To tylko marzenia, bo czasy „The Word As Law” nie wrócą, rzecz oczywista. Tym stwierdzeniem chciałem nieco histerycznie zasugerować, że trochę tego wymienionego przez Ciebie życia faktycznie brakuje. Oczywiście, pisząc takie rzeczy, od razu narażamy się na ukrzyżowanie przez ogromne zastępy maniaków Neurosis, którzy nazwą nas dyletantami i amatorami. Ja jednak heroicznie będę trzymał się twierdzenia, że zespół – mimo wszystko – trochę utknął w miejscu… Płyta jest… dobra. Dobra, bo profesjonalnie przygotowana, według sprawdzonych schematów. Dużo tych krążków wydali… Może dlatego bardziej podoba mi się ostatnia „solówka” Steve’a Von Tilla?

Grzegorz: Chyba tylko Maria Konopnicka uważa ten krążek za świetny. Ale co do tego, że jest dobra, zgadzam się ja, ty, Weltrowski i wielu innych – to chyba najlepsza recenzja. Mogli bardziej poszaleć, ale w obrębie krótszej formy. Dziś nie jestem w stanie słuchać ani dziesięciominutowych gigantów w prog metalu, ani walców od Neurosis.

Arek: Co nie zmienia faktu, że nowe Neurosis w Polsce pokryje się złotem, nas zlinczują, a na koncercie będzie komplet. Ale do rzeczy – wyciągnijmy z tej płyty dobro. Zaczynaj…

Grzegorz: Wiesz, może to być zaskoczenie, ale ta nieustępliwość, konsekwencja. Ten zespół naprawdę nie splamił się słabym wydawnictwem, a przy „Times of Grace” sięgnął wyżyn, które dziś całe zastępy mogą co najwyżej muskać. Stagnacja to czasem przydatny okres w życiu i obawiam się, że Neurosis właśnie go przeżywają.

Arek: Dla mnie plusem dodatnim jest długość – Neuros nagrali najkrótszy album w historii. Czterdzieści minut jest do przeżycia, ale też świadczy o jakichś, hmmm,n2 ruchach w zespole, nie wiem jakich… Najlepsze momenty? „Fire Is The End Lesson”, z tymi wszystkimi zgrzytami i jednak nieco bardziej nerwową grą. No i „Broken Ground” – za spokojne fragmenty. Te dwa kawałki na razie wygrywają. A czy przeżywają okres stagnacji? Może nowa płyta jest jedynie jakimś tam okresem przejściowym?

Grzegorz: Tak, takim na poukładanie pewnych rzeczy, sprawdzenie, czy nadal jest się w tym dobrym i czy ludzie wciąż trwają przy zespole i jego dokonaniach. Może przywalą jeszcze tak, że czapki spadną z głów, może odejdą, może zrezygnują ze współpracy z Albinim, a może pozostaną Neurosis.

Arek: Pozostaną. Albo na scenie albo w pamięci. Zważywszy na raczej mało forsowną karierę, wstręt przed długimi trasami, raczej się nie zawiną, choć może nowa, krótka płyta jest właśnie oddechem? Ok – twój typ z płyty?

Grzegorz: Nie mam swojego faworyta. Z tej magmy ciężko wybrać najlepsze fragmenty, a co dopiero utwory. Dźwięków jest tak dużo, a jednak wolno wylewają się z głośników i pochłaniają słuchacza. Wcześniej mówiłem, że chciałbym ich usłyszeć w krótkich albo krótszych formach. Niestety, siedem minut to chyba najmniej na ile mogę liczyć.

Arek: W sumie powinieneś być usatysfakcjonowany, bo to przecież i tak najkrótsze dzieło Neurosis…

Grzegorz: Ale nie jestem. Może dlatego, że ostatnio moje ulubione albumy trwają nie dłużej niż pół godziny?

Arek: I tym hardcore’owym akcentem podsumowujemy: jest dobrze, źle czy może jeszcze inaczej?

Grzegorz: Dobrze, miejscami doskonale, ale zostawmy ich w swojej lidze. I nie oczekujmy, że na nowo wymyślą sludge i post-metal. Następnym razem jak przywalą to będziemy zbierać zęby z podłogi jak na koncercie z Blindead w Warszawie, albo ostatecznie w końcu zanudzą i odejdą w chwale.

Arek: Pozostaje wiara i nadzieja.

Narzekali Grzegorz „Chain” Pindor i Arek Lerch