NENE HEROINE – Total Panorama (Alpaka Records)

Wątek remanentów będzie jeszcze jakiś czas (do 31.01 max) nas męczył, ale jeśli dociera się do takich płyt, nie ma sensu tego drążyć. Nene Heroine to zaskakujący, bardzo kreatywny skład, który jakoś nie pojawił się na naszych i nie tylko łamach, co uważam – obok spóźnionej recenzji Quantum Trio – za niedopuszczalny i krzywdzący dla artystów błąd. Dlatego spieszymy by takowy jak najszybciej naprawić, tym bardziej, że zespół właśnie ruszył w kraj, by promować niniejszy krążek.

Mamy zatem debiutancki album, anglojęzyczne jak się okazuje pseudonimy i… młodą, trójmiejską załogę. No i jak nie zastanawiać się nad składem powietrza w 3M, no, jak? Coś tam jest, coś co powoduje, że kolejne składy potrafią wznieść się ponad standardy, znaleźć swoją ścieżkę, tworzyć rzeczy, które wymykają się klasyfikacjom i wyprzedzają peleton. Tym razem dostajemy miksturę nieoczywistą, której nie da się za żadne skarby wtłoczyć do jakiejś konkretnej szufladki. Będziemy próbować to zrobić, poczynając chociażby od deklaracji, które zaleźć można na profilu Nene Heroine, że mamy do czynienia z post jazzową psychodelią. W zasadzie doszedłem do wniosku, że to znakomite określenie, bo… można pod nie wszystko podciągnąć. Post jazz? Oczywiście, każdy odjazd z nutką improwizacji w tle, meandrująca elektronika i otwarta forma kompozycji. Psychodelia. No tu w zasadzie można bardzo długo rozszerzać znaczenie tego słowa. Może zinterpretujmy to w taki sposób: nie wszystko ma sens, ale wszystko nam wolno. A od tego sformułowania jest już całkiem blisko działaniom trójmiejskiego yassu. Bo chyba taki kontekst jest w przypadku „Total Panorama” potrzebny, z tym, że mówimy o yassie w rozumieniu Łoskotu a nie np. Miłości.NH

Mając taki fundament, grupa może spokojnie zaszaleć. Szaleństwo tej płyty zasadza się jednak głównie na grze pozorów. Pierwsze przesłuchanie i… mamy do czynienia z odmianą gitarowego, mocno przesiąkniętego elektroniką post rocka  (w zasadzie całość ośmiominutowego „Yanosika” czy lekko trip-hopowy „Bensmood”, którego melodyka kojarzy mi się natrętnie z klimatami generowanymi przez British Sea Power na „From the Sea To the Land Beyond”, być może stąd konotacje z indie). Taka folia opakowuje muzykę; przedzieramy się przez nią, docierając do bardzo specyficznej melodyki, jakby post punkowcy chcieli grać jazzowe harmonie. Ale efekt wcale nie przypomina tego, co w podobnych poszukiwaniach udało się znaleźć chociażby Black Midi. Na tym polega fenomen Nene Heroine. Zespół jest śliski (bez negatywnych konotacji, proszę…), wymyka się każdej próbie powierzchownego zrozumienia. Jasne, są momenty bardziej oczywiste (np. „Yamaha” otwarcie kumająca się z jazzem czy jazzrockowe otwarcie „Prince” z szorstkimi brzmieniami gitary), ale już lekko dubowy, flirtujący z afro „Baobab”, rozbudowany, momentami hałaśliwy, avant jazzowy „Royal” czy „Coco” (tu yass jest bardzo wyraźny, kompozycja brzmi jakby do instrumentów dorwali się pijani jazzmani i wyszło co wyszło) to już jazda bez trzymanki na zasadzie „wszystko nam wolno”. Co ciekawe, im bardziej wchodzimy w głąb płyty, tym więcej elementów tegoż jazzu (yassu?) się pojawia.

To wszystko co napisałem to jedynie impresje, wynikające z aktualnych wniosków jakie mi się nasuwają; „Total Panorama” jest na tyle niejednoznaczna, że pewnie za parę dni będę słyszał co innego, ot, taki dowcip. W każdym razie, gdybym dzisiaj miał sporządzić nieszczęsne podsumowanie 2019, Nene Heroine miałoby na nim wysoką pozycję. Polecam.

Arek Lerch 

Sześć